— A potem odwozisz siostrę tam, gdzie zamierzałbyś ją ulokować, gdyby to mieszkanie w ogóle nie istniało.
— Ty naprawdę mówisz poważnie? — Elżbieta aż parsknęła krótkim, nerwowym śmiechem. — O tej porze?
— Poważniej się nie da.
— A jeśli ja naprawdę nie mam dokąd pójść?
— To należało ustalić, zanim wniosło się walizki do cudzego mieszkania.
Twarz Marcina Króla ściemniała.
— Nie pozwolę ci odzywać się w ten sposób do mojej siostry.
— A ja nie pozwolę ci rozporządzać moim mieszkaniem.
— Znowu to samo: moje mieszkanie, moje mieszkanie!
— Bo przed chwilą udowodniłeś, że jeśli nie będę tego powtarzać na głos, to zwyczajnie o tym zapomnisz.
Zapadła cisza ciężka, gęsta, prawie fizyczna. Pierwsza wzrok spuściła Elżbieta. Odeszła do okna i stanęła bokiem do pokoju. Na dworze zmierzch już gęstniał; światła samochodów sunęły po podwórzu i przesuwały się po nagich gałęziach drzew. Elżbieta objęła się ramionami, jakby nagle zrobiło jej się zimno. I wtedy Joanna Sobczakówna z uderzającą jasnością przypomniała sobie, jak właściwie zaczęła się jej historia z tą rodziną.
Na początku Elżbieta była ujmująca. Podczas wesela ściskała ją serdecznie, mówiła do niej „Joasiu”, dopytywała o remont, zachwycała się wystrojem i chwaliła gust. Dopiero później, kiedy wyszło na jaw, że mieszkanie Joanny nie spadło jej z nieba, nie było prezentem od rodziców ani łutem szczęścia, lecz czymś kupionym jeszcze przed poznaniem Marcina, spłacanym samodzielnie przez lata kosztem zaciskania pasa do granic rozsądku, w głosie Elżbiety pojawił się inny ton. Nie była to nawet otwarta zazdrość. Coś gorszego. Pobłażliwy półuśmiech osoby, która przyjmuje fakt do wiadomości, ale odmawia uznania go za sprawiedliwy.
— Tobie to się udało — rzuciła kiedyś przy rodzinnym stole. — Przynajmniej problem mieszkania masz z głowy.
Joanna odpowiedziała wtedy jeszcze spokojnie:
— „Udało się” to nie jest najtrafniejsze określenie.
Elżbieta tylko wzruszyła ramionami.
— No tak, jasne. Wszyscy jesteśmy zmęczeni życiem.
Po takich uwagach Marcin zwykle krzywił się i mówił:
— Elżbieta, daj spokój. Po co się czepiasz?
Tyle że w jego głosie nigdy nie brzmiało prawdziwe oburzenie. Była w nim wyłącznie niemrawa próba wygładzenia sytuacji. Nic więcej. Jakby przykrość brała się nie z tego, co powiedziała jego siostra, lecz z faktu, że Joanna to usłyszała.
Przez pierwsze dwa lata małżeństwa Joanna przymykała na to oczy. Ludzie są różni, w rodzinach panują różne obyczaje, każdy ma własny sposób mówienia. Nie chciała stać się kobietą, która w każdym zdaniu krewnych męża doszukuje się ataku. Ale drobiazgi odkładały się jeden po drugim. A to Elżbieta zjawiała się bez zapowiedzi. A to brała z półki krem do rąk i rzucała: „Oj, myślałam, że nie będziesz żałować”. Innym razem oznajmiła, że w małym pokoju przydałoby się urządzić „normalną sypialnię”, bo „przychodzą goście, a u was jakoś tak nie po ludzku”. Za każdym razem Marcin prosił Joannę, żeby nie brała tego do siebie.
— Ona już taka jest, mówi prosto z mostu. Nie przejmuj się.
Problem w tym, że ta słynna bezpośredniość Elżbiety zawsze działała tylko w jedną stronę. Ona mogła oceniać cudze rzeczy, rozporządzać cudzym czasem i wchodzić w cudzą przestrzeń bez pytania. Wystarczyło jednak odpowiedzieć jej podobnym tonem, a natychmiast zaczynał się teatr o zranionych uczuciach, zmęczeniu i „skoro tak, to ja już w ogóle nic nie powiem”.
Teraz Joanna patrzyła na męża i nagle zrozumiała coś bardzo wyraźnie: rzecz nie rozgrywała się wyłącznie o Elżbietę. Elżbieta weszła po prostu tam, gdzie ktoś uchylił jej drzwi. Prawdziwy problem stał naprzeciwko niej w domowych spodniach i wyciągniętym T-shircie, uparcie udając, że da się wszystko załatwić kilkoma urażonymi spojrzeniami.
— Czekam — powiedziała Joanna.
— Na co? — Marcin odpowiedział ostro.
— Aż weźmiesz walizki.
— Nigdzie jej teraz nie zawiozę.
Joanna skinęła głową, jakby dokładnie tej odpowiedzi się spodziewała.
— Dobrze.
Sięgnęła po telefon.
Elżbieta natychmiast się odwróciła.
— Co ty wyprawiasz?
— Rozwiązuję problem jedynym sposobem, jaki ty i Marcin mi zostawiliście.
— Zwariowałaś? — Marcin zrobił krok w jej stronę. — Chcesz wzywać policję z powodu rodzinnej rozmowy?
Joanna najpierw spojrzała na ekran, potem na niego.
— Nie. Jeszcze nie. Ślusarza.
Zbiło go to z tropu.
— Jakiego znowu ślusarza?
— Zwyczajnego. Takiego, który jutro rano wymieni zamki.
Elżbieta z impetem oparła dłoń o podłokietnik fotela.
— To już jest cyrk.
— Nie, Elżbieto. Cyrk był przed moim powrotem, kiedy postanowiliście odegrać przeprowadzkę bez udziału właścicielki mieszkania.
Marcinowi drgnął policzek. Gdy wpadał w prawdziwy gniew, jego lewy policzek zawsze jakby tężał i kamieniał.
— Robisz wszystkim jeszcze gorzej.
— Nie. Sprawiam, że dzisiejszy dzień nie będzie mógł się powtórzyć.
Rzucił szybkie spojrzenie w stronę siostry. Ona od razu je zrozumiała i odwróciła twarz. Między nimi przemknęło coś dawnego, wyćwiczonego przez lata: teraz trzeba wytrzymać, nacisnąć razem, przeczekać. Potem Elżbieta zostanie, Joanna ochłonie, noc rozmyje ostre krawędzie. Prawdopodobnie tak właśnie to sobie ułożyli. Może nawet nie wypowiedzieli tego planu na głos, ale byli pewni scenariusza: wieczorem się zagotuje, rano wszystko jakoś się uspokoi.
Joanna znała ten mechanizm aż za dobrze. Najpierw stawia się człowieka przed faktem dokonanym. Potem tłumaczy, że na sprzeciw jest już za późno, bo wszystko się wydarzyło. Następnie prosi się, żeby nie zaogniać sytuacji, bo przecież wszystkim i tak jest ciężko. Mija tydzień, potem drugi, a nowa rzeczywistość przywiera do mieszkania jak wilgotny kurz do parapetu. Trudniej ją strząsnąć, niż się z nią pogodzić. Właśnie na to liczyli.
— Masz pięć minut — powiedziała do Marcina. — Albo wychodzicie sami, albo dzwonię po dzielnicowych i zgłaszam, że w moim mieszkaniu przebywają osoby, których tu nie wpuszczałam.
— Czy ty jesteś przy zdrowych zmysłach? — powtórzył, tym razem ciszej.
— Bardziej niż kiedykolwiek.
Elżbieta uniosła głowę.
— Marcin, ty to słyszysz? Ona jest gotowa wyrzucać twoją siostrę przez policję. Cały jej stosunek do mnie właśnie wyszedł.
— Nie odwracaj kota ogonem — odparła Joanna. — Mój stosunek zobaczyłaś w chwili, w której nawet nie zadzwoniłaś do mnie osobiście. Przecież mogłaś wybrać mój numer i powiedzieć: „Joanno, mam kłopot, czy mogłabym pomieszkać kilka dni?”. Nie zrobiłaś tego. Dlaczego? Bo znałaś odpowiedź?
Elżbieta pobladła, lecz natychmiast zacisnęła usta.
— Bo z tobą nie da się normalnie rozmawiać.
— Normalnie zaczyna się od pytania.
Marcin nagle usiadł na krześle i wbił wzrok w podłogę. To był zły znak. Oznaczało to, że nie zamierza niczego naprawiać. Wybrał milczącą obronę, z której później zwykle wyrastało jego ulubione: „sama wszystko zniszczyłaś”.
I wtedy Joanna zupełnie niespodziewanie przypomniała sobie dzień, w którym po raz pierwszy poczuła, że w ich małżeństwie pojawiła się rysa. Nie po kłótni. Nie po wielkim konflikcie. Po prostu przez nawyk Marcina do podejmowania decyzji za nich oboje.
Było to prawie rok wcześniej. Bez żadnej rozmowy dał Elżbiecie komplet kluczy, rzekomo po to, żeby podlewała kwiaty, kiedy wyjadą na trzy dni. Joanna dowiedziała się o tym przypadkiem, gdy zobaczyła siostrę męża na klatce schodowej dwa dni przed planowanym wyjazdem.
— A, ja tylko sprawdziłam, czy klucz pasuje — oznajmiła wtedy Elżbieta dziarsko.
Joannie ścisnęło się coś w środku, ale Marcin znów machnął ręką.
— Przecież to na wszelki wypadek.
Tyle że ten „wszelki wypadek” wypłynął potem jeszcze dwa razy. Raz Elżbieta weszła „przebrać się po deszczu”, bo akurat była w pobliżu. Za drugim razem przyszła po ładowarkę, którą podobno zostawiła po rodzinnym obiedzie. Joanna zażądała zwrotu kluczy. Elżbieta je oddała. Z miną taką, jakby odebrano jej nie dostęp do cudzego mieszkania, lecz odznaczenie za zasługi.
A teraz w przedpokoju stały walizki. To nie był przypadek. To była kontynuacja.
— Marcinie — powiedziała Joanna — nie będę tego powtarzać. Albo załatwisz to teraz jak dorosły człowiek, albo ja załatwię to sama. Tylko wtedy nie miej pretensji o konsekwencje.
Podniósł głowę.
— Jakie konsekwencje? Rozwodem mnie straszysz?
Nie spodziewała się, że wypowie to tak szybko. I nawet nie zabrzmiało to jak lęk. Raczej jak zirytowany cios rzucony po to, by zmusić drugą osobę do cofnięcia się.
Joanna przyjrzała mu się uważnie.
— Powiedziałeś to jako groźbę czy jako propozycję?
Marcin wzruszył ramieniem.
— Mówię tylko, że rodziny nie buduje się w taki sposób.
— Rodziny nie buduje się na potajemnym wprowadzaniu kogoś do mieszkania.
Elżbieta gwałtownie złapała walizkę za uchwyt.
— Dobra, dość. Nie trzeba robić przeze mnie przedstawienia. Zaraz wyjdę.
Marcin natychmiast zerwał się z miejsca.
— Dokąd pójdziesz? Jest już wieczór.
— To nie jest twoje zmartwienie — powiedziała sucho Joanna. — Jej brat uznał, że moje mieszkanie może służyć za zapasowe lądowisko. Niech więc teraz zacznie myśleć głową.
Ale Elżbieta wcale nie ruszyła do drzwi. Stała i patrzyła na Marcina. W tym spojrzeniu nie było prośby o pomoc w znalezieniu wyjścia, lecz żądanie: udowodnij, że jesteś po mojej stronie. Joanna widziała ten wzrok wielokrotnie — przy świątecznym stole, w wiadomościach, podczas drobnych domowych spięć. Siostra przywykła do tego, że brat wcześniej czy później stanie między nią a każdą przykrością. Nawet jeśli sama tę przykrość sobie sprowadziła.
Wtedy Marcin spojrzał na Joannę i wymówił jej imię.
