— I przed momentem obraziłaś moją żonę, a potem zaczęłaś grzebać w jej bieliźnie. Ubieraj się. Drzwi są tam.
Wtedy dopiero rozpętało się prawdziwe szaleństwo. Elżbieta Walczakówna zawyła przeciągle, jak zranione zwierzę, i zamachnęła się na niego torebką.
— Niewdzięczniku! Wychowałam cię! To ona zrobiła ci wodę z mózgu!
Mateusz Król nie odpowiedział ani jednym słowem. Sprawnie ujął ją za łokieć i ramię, po czym odwrócił w stronę wyjścia. Nie było w tym bezmyślnej brutalności. Była za to stanowczość tak twarda i pewna, że nie zostawiała miejsca na sprzeciw. Kobieta szarpała się, próbowała zapierać, wykrzykiwała coś niezrozumiałego o truciźnie, urokach i nieszczęściu, a jej obcasy zgrzytały po panelach.
Natalia Góreckiówna stała z dłonią przyciśniętą do ust i patrzyła, jak jej mąż, jej łagodny, pogodny Mateusz, bez wahania wyprowadza z ich mieszkania osobę, którą wielu uznałoby za nietykalną — własną matkę. Działał spokojnie, precyzyjnie i bezlitośnie.
Trzaśnięcie drzwiami ucięło histeryczny wrzask jak nożem. W mieszkaniu nagle zapadła cisza — ogłuszająca, nierealna i niemal szczęśliwa. Była tak wyraźna, że aż dzwoniło od niej w uszach.
Mateusz odwrócił się powoli. Oddychał ciężko, a dłoń, którą przed chwilą trzymał matkę, lekko mu drżała. Wpatrywał się w Natalię, jakby w jej twarzy szukał potępienia albo strachu.
— Jak się czujesz? — wydusił.
Cała złość, cały chłód i cała stal zniknęły z jego głosu. Zostało tylko zmęczenie i niepokój.
Natalia podeszła do niego. Nie rzuciła się biegiem — po prostu zrobiła kilka kroków. Spojrzała w te znajome oczy, teraz tak bezbronne, i poczuła, że serce, jeszcze przed chwilą tłukące się od gniewu i lęku, wypełnia się cichym, ciepłym szaleństwem. O mało się nie roześmiała.
— Dobrze — powiedziała miękko, kładąc mu dłoń na piersi i czując pod palcami rozpędzone bicie jego serca.
Potem objęła go mocno, wtuliła twarz w jego szyję i wyszeptała głosem, w którym mieszały się łzy ze śmiechem:
— Dziękuję, bohaterze. Teraz to naprawdę jest nasz dom.
