— …zanim razem z nim uciszymy cię tak, jak należy. I wbij sobie wreszcie do głowy: w tej rodzinie najstarsza jestem ja. Ja tu rządzę. Ja decyduję. I będzie dokładnie tak, jak ja powiem.
Wyciągnęła rękę i twardo dźgnęła Natalię Góreckiównę palcem w pierś.
— A ta twoja nora… — syknęła z pogardą — to najwyżej opłata za wejście do naszego nazwiska. Za to, że w ogóle cię przyjęto, taką… jaką jesteś. Więc nie podskakuj. Naucz się swojego miejsca, kwoko! — wrzasnęła teściowa.
Natalia cofnęła się odruchowo, jakby naprawdę dostała w twarz. W gardle stanął jej ciężki, duszący kłąb: wstyd, upokorzenie i wściekłość zlały się w jedno.
I wtedy w progu pojawił się Mateusz Król.
Stał oparty ramieniem o framugę. Twarz miał spokojną, niemal pustą, nie zdradzała niczego. Tylko oczy… oczy pociemniały mu i zrobiły się płaskie, zimne, jak u szczupaka, który właśnie wypatrzył ofiarę pod taflą jeziora.
Słyszał wszystko. Od początku do końca.
— Mamo — odezwał się cicho, prawie łagodnie, a przez tę łagodność w pokoju zrobiło się jeszcze bardziej przerażająco. — Tobie już całkiem odbiło? To jakieś wiosenne przesilenie czy sopel spadł ci na głowę z szóstego piętra? Co ty, do cholery, wygadujesz?
Elżbieta Walczakówna prychnęła, biorąc jego ton za znak, że syn zaraz stanie po jej stronie.
— Synku! No właśnie! Wytłumacz jej, jak tu wygląda porządek! Ja mówię prawdę prosto w oczy! Ty jesteś gospodarzem! Ja jestem głową rodziny! Mieszkanie jest teraz nasze, rodzinne! A ta… — machnęła lekceważąco ręką w stronę Natalii — niech zamknie ten swój rybi pysk i przestanie się stawiać!
Mateusz powoli oderwał się od framugi. Nie krzyknął. Przeciwnie, ściszył głos tak bardzo, że zabrzmiał jak chropowaty, niebezpieczny szept.
— Koniec, mamo. Kurtyna. Przekroczyłaś wszystkie granice, jakie istniały i jakie nawet nie powinny istnieć. Masz poważny problem z rzeczywistością. Teraz bez słowa się ubierasz i wychodzisz. Sama albo wyniosę cię na własnych plecach — wybór należy do ciebie. A jeśli powiesz jeszcze choć jedno słowo, dzwonię po karetkę. Niech przyjadą z zastrzykiem dla agresywnych. I nie żartuję.
Jego matka zamarła.
— Mateusz?! Ja jestem twoją matką! Twoją krwią! A ty przez tę…
— Tak, jesteś moją matką — przerwał jej, a w jego głosie po raz pierwszy zabrzmiała stal.
