W ręce trzymała drobiazg dla Michała — kubek z napisem: „Szef od kawy”. W mieszkaniu panowała taka cisza, że aż dzwoniło w uszach. Tylko drzwi do sypialni zostały lekko uchylone. Katarzyna zajrzała do środka i poczuła, jak krew uderza jej do skroni.
Barbara stała tyłem, pochylona nad otwartą komodą. Między kciukiem a palcem wskazującym trzymała majtki Katarzyny, jakby oglądała wadliwy towar na targu. Zwyczajne, bawełniane, z wyblakłym misiem. Nie patrzyła na nie mimochodem. Badała je z uwagą, pocierała materiał, mrużyła oczy, jakby oceniała wytrzymałość szwów dla przyszłej dynastii wnuków, która — w jej wyobrażeniu — miała się narodzić właśnie z tej bielizny.
— Barbaro — odezwała się Katarzyna, a głos miała zduszony, chropawy, jak po długim krzyku. — Co pani robi?
Teściowa odwróciła się powoli, z niewzruszonym spokojem królowej. Nie rzuciła bielizny. Odłożyła ją starannie, jakby stawiała pieczęć: nie tyle akceptacji, ile wyroku.
— Sprawdzam, Kasiu. Gospodyni musi wiedzieć, w jakim stanie są jej… zapasy strategiczne. A szwy, widzę, macie tu takie sobie.
To nie była już drobna złośliwość ani kolejna nachalna rada. To było wejście butami w miejsce najbardziej osobiste, niedostępne dla kogokolwiek.
Cierpliwość Katarzyny, napięta od tygodni jak cienka gumka, pękła nagle z ostrym trzaskiem.
— Nie ma pani prawa! — wyrwało się z niej, a głos natychmiast nabrał mocy. — To moje rzeczy. Moja komoda. Moje życie. Jak pani śmie?!
Z twarzy Barbary w jednej sekundzie zniknął uśmiech troskliwej doradczyni. Został chłód, twardy jak kamień. Zrobiła krok do przodu, a jej cień niemal przykrył Katarzynę.
— O, proszę, jak nasza synowa zasyczała — przeciągnęła słodko, jadowicie. — Ty mówisz poważnie? Czy ty jeszcze myślisz?
Po chwili jej głos stężał, zamienił się w lodowaty metal.
— To jest dom mojego syna. Jedynego mężczyzny tutaj. On jest gospodarzem, nie ty. I w tej chwili zamkniesz usta.
