— Michałku — odezwała się Agnieszka, stawiając przed nim filiżankę kawy. — Musimy porozmawiać.
— Mhm — mruknął, nawet nie odrywając wzroku od ekranu.
— Naprawdę musimy. To ważne.
— Wieczorem, Agnieszko. Dzisiaj nie mam czasu, śpieszę się. Czeka mnie istotna prezentacja.
Musnął ją ustami w policzek i wyszedł. Ten sam poranny gest, ten sam pośpiech, ten sam obojętny rytuał. Jakby nocna rozmowa nigdy nie miała miejsca.
Agnieszka została przy stole. Patrzyła na niedopitą kawę męża i czuła, jak w środku narasta w niej ciężar. Jak można tak funkcjonować? Mieszkać z kimś przez tyle lat pod jednym dachem, a jednocześnie nie widzieć go naprawdę?
O dziewiątej zadzwoniła Beata Nowakowskiówna.
— Agnieszko, dlaczego wczoraj nie odbierałaś telefonu?
— Byłam zajęta.
— Zajęta! — prychnęła teściowa. — Ciekawe czym aż tak bardzo mogłaś być zajęta.
Agnieszka milczała. Nie miało sensu niczego tłumaczyć. I tak nie zostałaby zrozumiana.
— Posłuchaj — ciągnęła Beata Nowakowskiówna. — Przyjdę dziś do was. Jest sprawa do omówienia.
— Jaka sprawa?
— Dowiesz się na miejscu. Będę około dwunastej.
Połączenie zostało przerwane. Agnieszka jeszcze przez chwilę wpatrywała się w telefon, aż nagle zrozumiała z całą jasnością: dłużej już tego nie zniesie. Nie zniesie nieustannego pouczania, wiecznych pretensji, życia w domu, w którym mówi się o niej tak, jakby była kimś obcym, przypadkowo tolerowanym.
Wstała od stołu i poszła do sypialni. Z głębi szafy wyciągnęła starą walizkę kupioną jeszcze przed podróżą poślubną. Była zakurzona, a uchwyt trzymał się ledwie na słowo honoru.
Zaczęła pakować rzeczy. Powoli, metodycznie, niemal z przesadną starannością. Sukienki, bluzki, bielizna, kilka swetrów. Dłonie jej drżały, ale nie przestawała.
„Dokąd ja pójdę?” — przemknęło jej przez głowę. — „Do Zuzanny Borkowskiówny? Córka będzie w szoku. Zapyta: mamo, pokłóciliście się? A co ja jej odpowiem? Że według ojca i babci jestem nierobem?”
Do środka włożyła fotografie dzieci, dokumenty i kilka ukochanych książek. Walizka okazała się absurdalnie mała. A jednak zmieściło się w niej trzydzieści pięć lat życia.
Usiadła na brzegu łóżka i rozpłakała się. Cicho, bez szlochu, jak ktoś, kto nie ma już siły nawet na rozpacz.
Wtedy odezwał się domofon. Beata Nowakowskiówna przyszła wcześniej.
— Otwórz! — rzuciła ostro do słuchawki.
Agnieszka otarła twarz i ruszyła do drzwi. Teściowa wpadła do przedpokoju z takim impetem, jakby dowodziła szturmem.
— No to porozmawiamy — oznajmiła i bez zaproszenia pomaszerowała do kuchni. Usiadła przy stole. — Siadaj.
Agnieszka zajęła miejsce naprzeciwko. Patrzyła na tę kobietę i nagle pomyślała: naprawdę bałam się jej przez trzydzieści pięć lat?
— Sprawa wygląda tak — zaczęła Beata Nowakowskiówna. — Wczoraj rozmawiałam z Michałem Ostrowskim. Długo rozmawiałam.
— Słyszałam.
— Słyszałaś? — teściowa zmarszczyła brwi. — Tym lepiej. W takim razie wiesz, o czym mowa.
— Wcale nie jestem tego pewna.
— Agnieszko — jej głos przybrał ton łaskawej, niemal matczynej wyrozumiałości — jesteś rozsądną kobietą. Nie udawaj, że nie widzisz, co się z tobą dzieje.
— A co takiego się dzieje?
— Zmieniłaś się. I to bardzo. Stałaś się jakaś… uparta. Krnąbrna.
Agnieszka nie odpowiedziała.
— Dawniej mnie słuchałaś. Przyjmowałaś moje rady. A teraz? Teraz zaczynasz pyskatować!
— Kiedy niby pyskatowałam?
— Ciągle! Choćby wczoraj! Spytałam, dlaczego nie odbierałaś telefonu, a ty od razu z tym swoim tonem!
— Powiedziałam tylko, że byłam zajęta.
— Właśnie! Takim głosem! — Beata Nowakowskiówna uderzyła dłonią w blat. — A przedwczoraj? Zwróciłam uwagę, że barszcz jest przesolony. A ty milczałaś! Nawet nie przeprosiłaś!
Agnieszka patrzyła na nią i czuła zdumienie. Jak to możliwe, że przez tyle lat nie dostrzegała tego obłędu?
— Beato Nowakowskiówno — powiedziała spokojnie. — Jadła pani ten barszcz?
— A co to ma do rzeczy?
— Jadła go pani czy nie?
— No… spróbowałam.
— Spróbowała pani jedną łyżkę i od razu uznała, że jest przesolony.
— Tak! I co z tego?
— Michał Ostrowski zjadł cały talerz. A potem poprosił o dokładkę.
Teściowa na moment straciła rezon, lecz szybko wróciła do swojej wyniosłej miny.
— Z grzeczności! Mój Michałek jest delikatny, nie chciał cię urazić!
— Rozumiem — odparła Agnieszka i podniosła się z krzesła. — Beato Nowakowskiówno, muszę wyjść.
— Dokąd wyjść? Jeszcze nie skończyłyśmy rozmowy!
— Skończyłyśmy.
Agnieszka wyszła z kuchni i skierowała się do sypialni, po walizkę. Kiedy wróciła z nią do przedpokoju, Beata Nowakowskiówna stanęła jak wryta, zupełnie osłupiała na jej widok.
