Bez słowa zaczęła nakrywać do stołu. Ustawiła talerze, położyła sztućce, poprawiła serwetki. Michał w tym czasie zdążył już opróżnić pierwszą butelkę piwa i sięgnąć po następną.
— Mówię całkiem poważnie — podjął, jakby poprzednia rozmowa wcale się nie urwała. — Jutro do obiadu wszystko ma wyglądać perfekcyjnie. Tak, żeby mama nie miała się do czego przyczepić.
Karolina usiadła naprzeciwko niego.
— A jeśli się nie wyrobię? — zapytała spokojnie. — Od dziesiątej do trzynastej mam spotkanie. To ważne zlecenie, Michał. Płacą za nie sześćdziesiąt tysięcy.
Parsknął cicho, z kpiną.
— Kłamiesz. Kto niby miałby ci dać takie pieniądze? Przecież przez trzy lata właściwie nic nie robiłaś.
No właśnie. Kolejne umniejszenie. Następna cegła w murze, który z miesiąca na miesiąc wyrastał między nimi coraz wyżej. Karolina nie odpowiedziała. Wzięła widelec i zaczęła jeść. Kurczak wyszedł trochę za suchy, ale przeżuwała go mechanicznie, patrząc w okno, za którym przesuwały się światła samochodów.
Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Leżała na plecach, wpatrzona w sufit, i myślała o tym, co wydarzy się następnego dnia. Barbara przyjedzie z walizką, rozgości się w ich sypialni, a ona z Michałem znowu zostaną zepchnięci na rozkładane łóżko w salonie. Teściowa będzie pouczać ją od rana do wieczora, a Michał będzie przytakiwał matce, jakby zapomniał, że obok niego żyje żona, a nie przypadkowa lokatorka.
Rano Karolina podniosła się z łóżka o siódmej. Wzięła prysznic, wysuszyła włosy i włożyła elegancki kostium, którego nie miała na sobie od bardzo dawna. Przez chwilę przyglądała się sobie w lustrze. Twarz miała pociągłą, pod oczami ciemne cienie, ale spojrzenie było inne niż ostatnio. Twarde. Zdecydowane. Spakowała do torebki dokumenty, telefon i kilka drobiazgów.
— Dokąd idziesz? — Michał stanął w progu sypialni, zaspany, z włosami sterczącymi na wszystkie strony.
— Przecież mówiłam. Na spotkanie.
— Karolina…
— Wrócę wieczorem.
Nie dała mu dokończyć. Wyszła z mieszkania i przekręciła klucz w zamku.
W windzie wyjęła telefon i otworzyła rozmowę z ciotką Danutą. Napisała krótko: „Mogę dziś podjechać? Muszę pogadać”. Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: „Oczywiście, kochanie. Czekam”.
Miasto dopiero budziło się do życia. Lutowy poranek był szary i wilgotny, ale Karolinie wydawało się, że w powietrzu po raz pierwszy od dawna unosi się zapach wolności.
Ciotka Danuta mieszkała na obrzeżach miasta, w starym bloku z widokiem na park. Karolina dotarła do niej około dziewiątej, zanim miało rozpocząć się spotkanie z klientem. Michałowi skłamała co do godziny, bo wiedziała, że zanim usiądzie do rozmów o projekcie, musi najpierw zobaczyć się z kimś, kto nie będzie jej oceniał.
— Wchodź, ogrzej się — powiedziała ciotka, otwierając drzwi. Od razu zmierzyła siostrzenicę uważnym spojrzeniem. — Schudłaś. Twarz ci się zapadła. Co on z tobą wyprawia, ten twój Michał?
Karolina weszła do ciepłego mieszkania i zdjęła płaszcz. Danuta była młodszą siostrą jej matki. Zawsze mówiła prosto z mostu, bez łagodzenia i bez udawania, że czegoś nie widzi. Miała sześćdziesiąt lat, choć wyglądała młodziej: szczupła, zadbana, z krótką fryzurą i przenikliwymi oczami.
— Nie wiem już, co mam robić — przyznała Karolina, opadając na kanapę. — On stał się kopią swojej matki. Barbara przyjeżdża dzisiaj i zostanie u nas cały tydzień. A ja czuję, że po prostu dłużej tego nie wytrzymam.
Ciotka usiadła obok i ujęła ją za rękę.
— To się nie katuj. Odejdź. Jesteś młoda, ładna, zdolna. Jeszcze ułożysz sobie życie. I znajdziesz kogoś, kto nie będzie cię niszczył.
— Już się do tego przygotowuję. — Karolina sięgnęła po telefon i pokazała jej wyciąg z konta. — Od trzech miesięcy odkładam pieniądze. Przelałam tam wszystkie nasze oszczędności. On jeszcze o niczym nie wie.
Danuta aż cicho gwizdnęła.
— Sto osiemdziesiąt tysięcy? No proszę. Dobra robota. Tylko jeśli dowie się za wcześnie…
— Wiem. Dlatego muszę działać szybko. Chcę wynająć mieszkanie i przenieść się po cichu. Bez awantur, bez scen.
Rozmawiały ponad godzinę. Ciotka zaparzyła mocną herbatę, postawiła na stole ciastka i opowiadała o swoim rozwodzie sprzed dwudziestu lat. O tym, jak też znosiła, milczała i wmawiała sobie, że „tak trzeba”, aż któregoś dnia zrozumiała, że życie jest tylko jedno i marnowanie go na cierpienie to czysta głupota.
Pod koniec rozmowy Danuta nagle spoważniała.
— Jest jeszcze coś — powiedziała ostrożniej. — Niedawno spotkałam znajomą, Agnieszkę. Pracuje w urzędzie skarbowym. Tak przy okazji wspomniała, że widziała twojego Michała w centrum handlowym. Był z kobietą i dzieckiem. Chłopiec miał może rok, jasne włoski. Michał niósł go na rękach, a obok szła jakaś młoda, wystrojona dziewczyna. Agnieszka najpierw pomyślała, że to ty i że może macie przybranego synka, ale potem przyjrzała się lepiej. To nie byłaś ty.
Karolina znieruchomiała z filiżanką w dłoniach. Serce jakby oderwało się od miejsca i spadło ciężko gdzieś w dół.
— Co takiego?
— Może to nic — dodała szybko ciotka. — Może koleżanka z siostrzeńcem, ja nie wiem. Ale Agnieszka mówiła, że się całowali. W usta. A chłopiec wołał do niego „tato”.
Reszta dnia minęła Karolinie jak przez mgłę. Spotkała się z klientem, omówiła koncepcję kawiarni i dostała zaliczkę — trzydzieści tysięcy w gotówce. Koperta z pieniędzmi wylądowała w torebce i ciążyła jej bardziej, niż powinna. Potem błąkała się jeszcze po centrum handlowym, wchodziła do sklepów, zatrzymywała się przy witrynach, ale niczego naprawdę nie widziała. W głowie bez przerwy powracała jedna myśl: Michał ma kochankę. I dziecko.
Do domu wróciła około siedemnastej. Po schodach szła wolno, stopień po stopniu, zbierając w sobie resztki odwagi. Już na klatce poczuła zapach pieczonego ciasta. To znaczyło, że Barbara zdążyła przyjechać i poczuć się jak u siebie.
— O, synowa wróciła — powitała ją teściowa w przedpokoju, wycierając dłonie w fartuch. — Spacerowałaś sobie? A ja tu sprzątałam, gotowałam i próbowałam doprowadzić do porządku ten wasz bałagan?
— Dobry wieczór, Barbaro — odpowiedziała Karolina, zdjęła buty i weszła głębiej.
Michał siedział w kuchni i przewijał coś w telefonie. Podniósł wzrok tylko na moment i chłodno skinął głową.
— No i jak tam twoje wielkie spotkanie? — zapytał tonem, w którym wyraźnie pobrzmiewała drwina.
— Dobrze. Dostałam zaliczkę.
— Jasne — mruknął. — Ciekawe ile.
— Trzydzieści tysięcy.
Barbara, stojąca przy kuchence, znieruchomiała i odwróciła się z wyraźnym zainteresowaniem.
— Trzydzieści tysięcy? Za co niby?
— Za projekt wnętrza kawiarni. — Karolina wyjęła z torebki kopertę i położyła ją na stole. — Proszę, są tutaj.
Michał natychmiast po nią sięgnął. Wyjął banknoty i przeliczył je z niedowierzaniem. Najpierw na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, lecz szybko ustąpiło miejsca irytacji.
— Dobra. Włóż to do wspólnej puli — powiedział, odsuwając kopertę w jej stronę.
— Nie. — Karolina schowała pieniądze z powrotem do torebki. — To moje honorarium. Przeznaczę je na swoje potrzeby.
