…a przez resztę czasu zalegał na kanapie, rozmyślając nad swoim „życiowym powołaniem”. Jeśli naprawdę marzy się pani proces – proszę bardzo. Tyle że koszty adwokata i opłaty sądowe spadną na pani syna. Jestem przekonana, że Nikola Kowalczykówna przyjmie tę wiadomość z entuzjazmem.
W słuchawce zapadła ciężka cisza. Krystyna Górskiówna nie należała do osób naiwnych. Doskonale wiedziała, że Katarzyna ma rację w każdym punkcie. Jednak z przyzwyczajenia próbowała jeszcze raz uderzyć frontalnie, w obronie swojego dorosłego „chłopca”.
– Zimna z ciebie kobieta, Kaśka – odezwała się w końcu z urazą. – Ani krzty współczucia. Chłop został z niczym, a tobie w to graj. Mogłaś chociaż oddać jego rzeczy bez tej demonstracji.
– Oddaję wszystko. Dosłownie wszystko – od sparowanych skarpet po połamane wędki. Torby stoją pod drzwiami. Jeśli tak się pani martwi o Michała Sikorę, może pani przyjechać i pomóc mu je zabrać. Życzę pani zdrowia, pani Krystyno.
Rozłączyła się i natychmiast wyciszyła telefon. Miała jeszcze kilka spraw do domknięcia.
W przedpokoju piętrzyły się cztery wielkie, kraciaste torby, takie jakimi kiedyś jeździli handlarze na bazary. Pakowała je przez dwa wieczory, systematycznie przetrząsając każdy zakamarek mieszkania. Z szaf wyciągnęła rozciągnięte T-shirty, wypłowiałe jeansy, z szuflad – plątaninę kabli i jakieś metalowe części „na wszelki wypadek”. Z pawlacza zdjęła kolekcję pustych kufli po piwie, które z niewiadomych powodów uważał za trofea. Z balkonu ściągnęła komplet zimowych opon, zapakowała je w grube worki na śmieci.
Nie towarzyszył jej żal. Nie było sentymentalnych westchnień. Czuła raczej niesmak i zniecierpliwienie. Ile niepotrzebnych rupieci potrafi zgromadzić człowiek, który do domu wnosi głównie pretensje i obietnice bez pokrycia.
Uchyliła drzwi, przekręcając błyszczące pokrętło świeżo zamontowanego zamka, i wyjrzała na klatkę schodową. Cisza. Pusto. Zaczęła więc wynosić bagaże. Każdą torbę osobno, choć uchwyty boleśnie wrzynały się w dłonie. Ustawiła je pod ścianą, a obok starannie ułożyła cztery opony przy windzie. Na końcu wyniosła skrzynkę z narzędziami – ciężki, plastikowy kuferek przyprószony kurzem. Michał kupił go dekadę temu z zamiarem samodzielnego montażu mebli kuchennych, lecz ostatecznie wezwał fachowca.
Kiedy całe „mienie” znalazło się za progiem, wróciła do środka i zamknęła drzwi. Dwukrotny obrót klucza zabrzmiał jak triumfalny akord.
Sięgnęła po wilgotną ściereczkę i dokładnie umyła podłogę w przedpokoju, zacierając ślady butów i pył z toreb. Chciała oczyścić to miejsce nie tylko z brudu, lecz także z przeszłości. Wymazać z kątów wspomnienia jego wiecznego niezadowolenia, zgryźliwych uwag o za słonej zupie, duszącego zapachu taniej wody kolońskiej, którą oblewał się przed spotkaniami z nową wybranką.
Minęły prawie dwie godziny. Katarzyna przygotowała lekką kolację – rybę zapieczoną z warzywami – włączyła cichą muzykę i usiadła przy idealnie czystym stole. Delektowała się ciszą, która wreszcie należała wyłącznie do niej.
Nagle rozległ się długi, natarczywy dzwonek do drzwi.
Nie spiesząc się, odłożyła widelec, otarła usta serwetką i skierowała się do przedpokoju. Spojrzała przez wizjer.
Na klatce stał Michał Sikora. Obok niego kręciła się Nikola Kowalczykówna, żując gumę i wpatrując się w ekran telefonu. Kilka kroków dalej czekał nieznany mężczyzna w niebieskim kombinezonie roboczym, z pokaźną walizką narzędzi w ręku.
Serce Katarzyny zabiło mocniej, lecz szybko odzyskała opanowanie. Domyślała się, co planują.
– Kaśka, otwieraj! – wrzasnął Michał, uderzając pięścią w drzwi. – Przyszedłem z fachowcem! Jak nie otworzysz po dobroci, to zdejmie te twoje superzamki razem z futryną! Mam prawo wejść po swoje rzeczy!
Nikola skrzywiła się z irytacją.
– Michał, ile to jeszcze potrwa? Zimno tu. I w ogóle te torby śmierdzą starzyzną. Przyjechaliśmy po ekspres do kawy, obiecałeś.
Katarzyna przekręciła klucz, lecz drzwi pozostawiła zabezpieczone grubym, stalowym łańcuchem, który kazała zamontować razem z nowymi zamkami. W wąską szczelinę wdarł się zapach papierosowego dymu.
– Dobry wieczór – powiedziała spokojnie, patrząc prosto na nieznajomego mężczyznę w roboczym stroju.
