…że to tylko przejściowy etap długiego małżeństwa, które właśnie się rozpada.
Próbowała z nim rozmawiać, prosiła, by uprzedzał o wizytach, dawał znać choćby SMS-em. Wszystko na nic. Ostateczną granicę przekroczył pewnego popołudnia, gdy wróciła z pracy wcześniej niż zwykle, z rozrywającą głowę migreną. Już w progu zobaczyła w przedpokoju obce, śnieżnobiałe sneakersy na grubej podeszwie. Z salonu dochodził śmiech Michała Sikory i piskliwy głos Nikoli Kowalczykówny. Przyjechali podobno „po zimową kurtkę”, ale najwyraźniej uznali, że przy okazji mogą rozgościć się na jej kanapie, popijać herbatę i podjadać jej ciasteczka.
Nie zrobiła awantury. Przeszła obok nich bez słowa, weszła do kuchni i z komody zabrała pęk kluczy, który Michał lekkomyślnie zostawił na widoku. Wsuwając go do kieszeni, wróciła do salonu i spokojnym gestem wskazała drzwi. Michał oburzał się głośno, Nikola teatralnie przewracała oczami, lecz w końcu wyszli. Następnego ranka Katarzyna Nowakowskiówna zadzwoniła po ślusarza.
– Kasia, no co ty wyprawiasz? – jego ton zza drzwi zmienił się błyskawicznie: z napastliwego w miękki, niemal błagalny. Dokładnie taki, jak wtedy, gdy wyciągał od niej pieniądze na kolejne „niezbędne” gadżety do samochodu. – Jesteśmy dorośli. Rozwód to rozwód, ale bez przesady. Po co aż tak? Te klucze były dla wygody. Gdyby przyszła moja korespondencja albo jakieś rachunki… Poza tym połowa moich rzeczy wciąż tam jest.
– Listy będę zostawiać w twojej skrzynce na parterze. Klucz do niej masz – odparła rzeczowo. – Twoje rzeczy są spakowane. Stoją w torbach. Zorganizuj transport.
– Nie mam teraz pieniędzy na żadnych tragarzy! – wybuchł. – Samochodu też nie! Przyjechałem autobusem! Otwórz chociaż, wstawię torby do korytarza i kiedyś je odbiorę. I w ogóle muszę do toalety!
Zamknęła oczy. Miała serdecznie dość jego dziecinnych zagrywek i szantażu emocjonalnego.
– W galerii na rogu jest bezpłatna toaleta. Torby wystawię na klatkę schodową. Jeśli do wieczora ich nie zabierzesz, zamówię firmę sprzątającą i wszystko trafi na śmietnik.
Rozłączyła się. Z drugiej strony dobiegły jeszcze stłumione przekleństwa, potem ciężkie kroki oddalające się po schodach i trzask drzwi wejściowych.
Oparła się plecami o chłodną futrynę i wypuściła powietrze. W kuchni nastawiła czajnik. Dłonie lekko jej drżały, ale w środku czuła niespodziewaną ulgę. Przecięła ostatnią nić, którą próbował nią manipulować.
Telefon znów zawibrował. Na wyświetlaczu pojawiło się imię: Krystyna Górskiówna. Była teściowa.
Zalała torebkę rumianku wrzątkiem, usiadła przy stole i dopiero wtedy odebrała.
– Słucham panią.
– Katarzyno, co ty wyprawiasz?! – głos starszej kobiety drżał od oburzenia, podszyty teatralną nutą tragedii. – Michał do mnie dzwoni, prawie płacze! Twierdzi, że wyrzuciłaś go na bruk, zmieniłaś zamki i wystawiasz jego rzeczy na klatkę! Czy ty już całkiem postradałaś rozsądek?
– Z wiekiem człowiek raczej nabiera rozsądku, pani Krystyno – odpowiedziała spokojnie, obejmując kubek obiema dłońmi. – A czy Michał wspomniał, że od półtora miesiąca jesteśmy po rozwodzie?
– Rozwód, nierozwód! – prychnęła teściowa. – W małżeństwach różnie bywa. Pokłóciliście się, rozeszliście. Chłopak się pogubił, każdemu może się zdarzyć. Ta jego smarkula szybko mu przejdzie i wróci do domu. A ty wszystko palisz za sobą! Jak on ma teraz wejść do własnego mieszkania?
– To nie jest już jego mieszkanie. To lokal należący do mnie. Odszedł z własnej woli, żeby budować nowe życie. Niech buduje je gdzie indziej.
– Twoje, powiadasz? – w głosie Krystyny Górskiównej zabrzmiał pisk. – A ślub to co? Mój syn nie włożył w tę klitkę serca? My pójdziemy do sądu! Zażądamy połowy! Za remont, za meble, za zmarnowane lata!
Katarzyna upiła łyk naparu, czując, jak ciepło powoli uspokaja napięcie.
– Mieszkanie odziedziczyłam po ciotce. Zgodnie z prawem nie podlega podziałowi przy rozwodzie. Nie było żadnego wspólnego generalnego remontu. Meble kupowałam z własnych środków, mam paragony i wyciągi bankowe. A Michał przez ostatnie pięć lat pracował łącznie może półtora roku… – urwała, ale w jej głosie nie było już ani złości, ani wahania.
