Tomasz podniósł się z krzesła, podszedł do mnie i z miną triumfatora omiótł wzrokiem zgromadzonych.
– No dobrze – rzucił z zadowoleniem. – Zobaczmy, co tam przygotowałaś.
Uniósł metalową pokrywę.
Na półmisku leżała zwyczajna kasza gryczana, a obok niej równiutko ułożone kotlety. Najprostsze, domowe mielone.
Cisza, która zapadła, była tak gęsta, że niemal fizycznie wyczuwalna. W tej martwej chwili dosłyszałam nawet szczekanie psa piętro wyżej.
– Co to ma znaczyć? – zapytała powoli Janina Czerwińskiówna, wpatrując się w danie.
– Kasza i kotlety – odparłam spokojnie. – Z tej marmurkowej wołowiny, na której tak bardzo pani zależało. Rozmroziłam ją, zmieliłam, dodałam namoczonej bułki i trochę soi. Wyszło dwadzieścia sztuk. Bardzo wydajnie.
Tomasz przeniósł wzrok z talerza na mnie. Jego twarz stopniowo przybierała purpurowy odcień.
– A ryba? – wtrąciła zbledła Gabriela Brzezińskiówna. – Mówiłaś coś o halibucie…
– Mintaj – sprostowałam. – Był w promocji. Dobrze go zamarynowałam, dlatego nikt nie zauważył różnicy.
– A kawior?! – niemal zapiszczała teściowa, chwytając się za pierś. – Czerwony kawior!
– To był łosoś – wyjaśniłam rzeczowo. – Lekko solony. Pokroiłam w kostkę i zalałam olejem. Jedliście i chwaliliście.
– Chciałaś nas otruć?! – wybuchła Gabriela.
– Nie – odpowiedziałam cicho. – Chciałam tylko, żebyście mieli świadomość, co naprawdę ląduje na waszych talerzach, gdy żądacie od kogoś wydania ostatnich pieniędzy.
Tomasz dopadł mnie w dwóch krokach. Ścisnął moją dłoń tak mocno, że aż zabolało.
– Co ty wyprawiasz?! – syknął przez zęby.
– Puść – powiedziałam lodowato. – Teraz to ty poczujesz ból.
Wyrwałam rękę i wyszłam na środek pokoju. Wszystkie spojrzenia skupiły się na mnie. Janina otwierała i zamykała usta jak ryba wyrzucona na brzeg.
– Chcecie wiedzieć, z czego sfinansowaliśmy ten „wystawny” wieczór? – zwróciłam się do niej. – Pani syn od trzech miesięcy nie pracuje. Przez cały ten czas to ja opłacam mieszkanie, rachunki, jedzenie i jego zachcianki. Pieniądze, które rzekomo zbierał na pani prezent, przepił z kolegami. Sukienkę kupiłam z własnej pensji.
– Kłamiesz! – wrzasnął Tomasz.
– Mam wyciągi z konta – odpowiedziałam spokojnie. – Zachowałam wszystko. A także nagranie, na którym bawisz się w wynajętym mieszkaniu z kobietą, która nie jest twoją żoną.
Zbladł jak ściana. Wyjęłam telefon i wyświetliłam zdjęcie. Wśród gości przeszedł szmer.
– To nie tak, jak myślisz… – zaczął, lecz nie pozwoliłam mu dokończyć.
– Nieważne, jak jest. Złożyłam pozew rozwodowy. Dokumenty są już w sądzie. Wynajęłam też nowe mieszkanie – w tym tygodniu przeprowadzam się z Oliwią.
– Nie odważysz się… – wyszeptał.
– Odważę się – odparłam. – Sprzedałam samochód. Ten, którym was wszędzie woziłam. Za te pieniądze opłaciłam kaucję i dzisiejsze zakupy. Nie takie, jakie sobie wymarzyliście. Takie, na jakie nas stać.
Janina nagle się podniosła. Była blada, lecz w jej oczach płonął gniew.
– Ośmieszyłaś nas – powiedziała z naciskiem. – Przy wszystkich urządziłaś przedstawienie i zrujnowałaś mój jubileusz!
– Pani jubileusz? – powtórzyłam. – Czy wie pani, że pani syn zabrał pieniądze, które odkładałam na operację waszej wnuczki? Powiedział, że pani święto jest ważniejsze. Że pani jest ważniejsza niż zdrowie jego dziecka.
– Nie waż się tak mówić o mojej matce! – ryknął Tomasz, ruszając w moją stronę, ale cofnęłam się o krok.
– A pani – zwróciłam się do Gabrieli – zawsze powtarzała, że jestem nikim i że mój mąż mógł znaleźć lepszą. Proszę bardzo. Niech teraz szuka. Ja już nie stoję na drodze.
Gabriela zacisnęła usta, purpurowa ze złości, lecz milczała.
Wtedy odezwała się Oliwia. Stała w progu, blada, ale wyprostowana.
– Dosyć! – zawołała drżącym głosem. – Całe życie poniżacie mamę. Karmiła was, gościła, znosiła wszystko. I ma rację.
– Zamknij się! – warknął na nią Tomasz.
– Nie! – spojrzała mu prosto w oczy. – Jestem z mamą. I babci też powiem: nie chcę aparatu na zęby, bo… – urwała, a w jej spojrzeniu pojawił się ból, który mówił więcej niż słowa.
