Ale nie po to, by kupować to, o czym mówił Tomasz.
Wybierałam zupełnie inne rzeczy. Wrzuciłam do koszyka najtańszego mintaja z promocji. Dwa kilogramy zwykłego mielonego mięsa, trzy bochenki razowego chleba. Duży słoik najtańszej pasty z cukinii, jaki tylko znalazłam na półce. Wzięłam też kawałek łososia słabo solonego – najcieńszy i najbardziej chudy. Posiekałam go potem w drobną kostkę, tak by z daleka przypominał ekskluzywną przystawkę. O marmurkowej wołowinie nie było mowy. Zamiast niej rozmroziłam przecenioną polędwicę, zmieliłam ją z namoczonym chlebem i odrobiną soi, dorzuciłam cebulę, czosnek – wyszły pulchne, rumiane kotlety. Do tego ugotowałam sypką kaszę gryczaną z solidną porcją masła.
Pracowałam nocami. W ciszy, gdy dom spał. Dłonie lekko mi drżały, ale nie przerywałam. Myślałam o Oliwii, która ze spuszczonym wzrokiem powiedziała, że poradzi sobie bez aparatu na zęby. O Tomaszu, który ukrywał przed wszystkimi, że stracił pracę, a Janinie Czerwińskiównie wmawiał, że wszystko idzie znakomicie. Wróciło do mnie też wspomnienie naszego wesela, gdy przyszła teściowa oznajmiła przy gościach do swojej siostry: „No proszę, przynajmniej będziemy mieć w domu pomoc”.
W sobotni poranek pojechaliśmy do niej. Ja taszczyłam ciężkie torby, a Tomasz kroczył przodem z pustymi rękami. W windzie zerknął na moją kurtkę – starą, wytartą na łokciach – i skrzywił się z niesmakiem.
– Nie mogłaś włożyć czegoś lepszego? – mruknął.
– To jest dobre – odpowiedziałam spokojnie. – Przynajmniej ciepłe.
Zamilkł, jakby szkoda mu było dalszych słów.
W mieszkaniu Janiny Czerwińskiówny zebrała się już niemal cała rodzina. Gabriela Brzezińskiówna, jej siostra, siedziała na kanapie i lustrowała stół wzrokiem znawcy. Byli kuzyni, siostrzenice, nawet sąsiadka z parteru – razem około dziesięciu osób. Teściowa królowała na honorowym miejscu w nowej sukni, którą – doskonale o tym wiedziałam – kupiła za pieniądze zebrane rzekomo na wspólny prezent. Tomasz namawiał mnie do „zrzutki”, sam nie dołożył ani złotówki.
– O, są nasi najważniejsi goście! – zawołała teatralnie. – Tomaszku, chodź do mamy!
Podszedł, cmoknął ją w policzek i podniesionym głosem oznajmił:
– Z Joanną uznaliśmy, że zasługujesz, mamo, na wyjątkowy stół. Ona wszystko przygotowała, całe noce stała przy kuchni.
Gabriela podciągnęła usta w cienką linię.
– A skąd takie fundusze? – zapytała, zerkając znacząco na moją znoszoną kurtkę. – Widzę, że synowa nadal w tym samym chodzi. Premia jakaś wpadła, Tomaszu?
– Jakoś się kręci – odburknął wymijająco. – Pracujemy.
Przeszłam do kuchni. Stamtąd dochodził gwar rozmów, brzęk kieliszków, komendy Janiny, kto gdzie ma usiąść. Rozkładałam przystawki, kroiłam pieczywo, wyjmowałam półmiski. Nikt do mnie nie zajrzał. Byłam tylko tłem.
Po godzinie Tomasz wpadł zirytowany.
– Ile można? – syknął. – Wszyscy czekają, a „kawioru” jeszcze nie ma.
– Już niosę – odparłam.
Ułożyłam na tacy talerze z drobno posiekanym łososiem, który miał udawać coś znacznie droższego, i weszłam do salonu. Rozległy się oklaski. Janina skinęła z aprobatą.
– No, no, synowa się postarała – rzuciła Gabriela, a w jej głosie pobrzmiewała nuta zazdrości.
Wróciłam po kolejne dania. Kotlety i kaszę ustawiłam na osobnym stoliku, przykryte pokrywami. W salonie wznoszono już toasty. Tomasz wychwalał matkę, jej poświęcenie i „niestrudzoną dobroć”. Słuchałam tego i czułam, jak coś lodowatego rozlewa się po moim wnętrzu.
Gdy podano drugie danie, zachwyty nie miały końca. Sąsiadka stwierdziła, że tak delikatnego mięsa nigdy nie jadła. Gabriela poprosiła o dokładkę. Tomasz dolewał koniak do kieliszków i promieniał jak gospodarz wieczoru.
Wtedy wyszłam z kuchni z ostatnim półmiskiem. Dużym, przykrytym metalową kopułą. W pomieszczeniu zapadła cisza.
– A to znowu co takiego? – spytała Janina Czerwińskiówna.
– Niespodzianka – odpowiedziałam spokojnie. – Tomasz bardzo chciał sprawić mamie wyjątkową przyjemność.
