— I nie poddawaj się — dodała jeszcze Monika Przybylskiówna z przekonaniem. — To twoje mieszkanie i twoje granice.
Te słowa dodały Annie otuchy. Odłożyła telefon i wróciła do porządków. Sprzątała metodycznie, jakby każda wytarta półka i każdy ustawiony na miejsce drobiazg przywracały jej kontrolę nad sytuacją. Do wieczora mieszkanie lśniło czystością. Przygotowała kolację, nakryła do stołu, zapaliła nawet małą świecę. Czekała.
Marcin Nowicki przyszedł bardzo późno. Minął kuchnię bez słowa, nie spojrzał ani na nią, ani na zastawiony stół. Zamknął się w pokoju, jakby była powietrzem. Anna przez chwilę stała bez ruchu w korytarzu, nasłuchując. Potem wróciła do kuchni i zjadła w ciszy sama.
Kolejny dzień wyglądał identycznie. Cisza przeciągnięta do granic wytrzymałości, przelotne spojrzenia, zamknięte drzwi. Nie inicjowała rozmowy. Skoro Marcin postanowił użyć milczenia jako broni, nie zamierzała go w tym wyręczać. Nie cofnie się.
Trzeciego wieczoru zadzwoniła Krystyna Królówna. Tym razem jej głos był miękki, niemal serdeczny.
— Aniu, spróbujmy porozmawiać spokojnie. Bez nerwów.
— Rozmawiam spokojnie — odpowiedziała rzeczowo Anna.
— Naprawdę nie mamy się gdzie podziać. Moja siostra sprzedała mieszkanie, już się wyprowadzili. Siostrzeniec z rodziną wynajmowali pokój, ale właściciele rozwiązali umowę. Chcieliśmy tylko razem przywitać Nowy Rok.
— Rozumiem, że sytuacja jest trudna — odparła Anna. — Ale sześć osób w dwupokojowym mieszkaniu to po prostu za dużo.
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.
— A gdyby przyjechała tylko część? — zaproponowała w końcu teściowa. — Siostra z dziećmi mogłaby zatrzymać się w hotelu. Przyjechałabym tylko ja. Czy to możliwe?
Anna zawahała się. Jedna osoba to nie tłum. Jedna osoba to jeszcze da się wytrzymać.
— Na ile dni? — zapytała ostrożnie.
— Trzy, może cztery. Od trzydziestego pierwszego do trzeciego stycznia.
Anna wzięła głęboki oddech.
— Dobrze. Ale wyłącznie pani.
— Dziękuję, kochanie! — głos Krystyny aż promieniał. — Wiedziałam, że masz dobre serce.
Po zakończeniu rozmowy Anna oparła się plecami o ścianę. Coś w środku podpowiadało jej, że właśnie przekroczyła granicę, której nie powinna była ruszać. Decyzja jednak zapadła.
Marcin wrócił około północy. Poszedł prosto do lodówki, wyjął butelkę wody. Anna siedziała przy stole z książką.
— Twoja mama dzwoniła — powiedziała, nie podnosząc wzroku.
— Wiem — mruknął. — Dzięki, że się zgodziłaś.
— Zgodziłam się tylko na nią. Na trzy dni.
— Jasne — rzucił obojętnie i zniknął w pokoju.
Rozmowa się urwała, lecz następnego dnia napięcie wybuchło. Gdy Anna wróciła z pracy, Marcin czekał już w przedpokoju. Stał z założonymi rękami, twarz miał napiętą.
— Mama mówi, że przyjadą wszyscy — oznajmił bez wstępu. — Nie tylko ona.
Anna powoli zdjęła płaszcz i powiesiła go na wieszaku.
— Wyraziłam zgodę wyłącznie na twoją mamę.
— To co mamy zrobić? Wystawić moją siostrę i dzieci na bruk?
— Mogą zatrzymać się w hotelu. Sama to zaproponowałam.
Marcin zrobił krok naprzód, zastępując jej drogę.
— Dość tego! Spakuj się. Mama z rodziną wprowadza się tutaj na święta, a ty możesz iść, gdzie chcesz!
Anna nie podniosła głosu. Patrzyła na niego spokojnie, jak na obcego człowieka.
— Jeśli tak bardzo chcą tu mieszkać — proszę bardzo — odpowiedziała chłodno. — Ale razem z tobą.
Zaskoczenie przemknęło przez jego twarz.
— Co ty mówisz?
Minęła go i weszła do sypialni. Otworzyła szafę, wyjęła walizkę. Z namysłem zaczęła układać w niej jego rzeczy: koszule, spodnie, bieliznę. Wszystko starannie złożone.
— Zwariowałaś? — stanął w drzwiach.
— Pakuję twoje ubrania.
— Robisz sobie żarty?
— Nie.
Zasunęła suwak, wyniosła walizkę do przedpokoju i postawiła przy drzwiach. Marcin spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Naprawdę chcesz mnie wyrzucić przez kilka dni?
— Nie przez kilka dni. Przez to, że decydujesz za mnie w moim własnym mieszkaniu.
— W naszym mieszkaniu! — podniósł głos. — Tu też mieszkam!
Anna podała mu płaszcz.
— Święta możecie spędzić razem. Tworzycie przecież jedność.
Nie przyjął go. Cofnął się o krok.
— Nie masz prawa mnie usuwać!
— Mam. Mieszkanie jest zapisane na mnie.
— Jesteśmy małżeństwem!
— Byliśmy — poprawiła spokojnie.
Zamilkł na moment, potem wybuchł potokiem słów. O rodzinnych tradycjach, o obowiązku wobec starszych, o tym, że jego matka całe życie ciężko pracowała i zasługuje na szacunek. Mówił coraz szybciej, coraz głośniej. Anna słuchała bez emocji. W jej spojrzeniu była tylko stanowczość.
— Możesz jechać do nich już teraz — przerwała mu. — Oddaj tylko klucze.
Wyciągnęła rękę.
Marcin spojrzał na jej dłoń, potem na twarz, jakby szukał śladu wahania. Nie znalazł.
— Pożałujesz tego — syknął.
— Możliwe. Klucze.
Zerwał pęk z haczyka i rzucił na podłogę. Metal zadźwięczał o kafelki. Chwycił walizkę, szarpnął drzwi i wyszedł, trzaskając nimi tak mocno, że echo poniosło się po klatce schodowej.
Anna podniosła klucze, odłożyła je na komodę. Przez chwilę stała bez ruchu, wsłuchując się w ciszę. Potem skierowała się do kuchni.
