Grażyna Czarneckiówna aż spurpurowiała.
– Ty naprawdę zamierzasz wyciągać pieniądze od własnej rodziny? – syknęła, patrząc na mnie jak na oszustkę.
– Nie „wyciągać”. Proponuję, żebyśmy podzielili się kosztami – odpowiedziałam spokojnie. – Z Tomaszem Pawłowskim nie zarabiamy tyle, by bez końca utrzymywać sześć osób.
– Tomasz, słyszysz, co ona mówi?! – zwróciła się do syna dramatycznym tonem. – Ona nas rozlicza jak obcych!
Tomasz uniósł dłoń w uspokajającym geście.
– Agnieszka, może nie teraz. Przy wszystkich?
– A kiedy? – spojrzałam na niego. – Na osobności i tak mnie nie słuchasz.
Marcin Rutkowski odstawił talerz z głośnym stuknięciem.
– No wiesz, Agnieszka… Przyjechaliśmy w odwiedziny. Od kiedy to pobiera się opłaty za gości?
– Goście przyjeżdżają na weekend. Trzy dni, góra cztery – odparłam. – Miesiąc to już wspólne mieszkanie.
Julia Głowackiówna uniosła wzrok znad stołu. W jej oczach dostrzegłam cień zrozumienia, może nawet współczucia. Reszta patrzyła na mnie tak, jakbym popełniła towarzyskie przestępstwo.
Kolacja dobiegła końca w ciężkiej ciszy. Naczynia sprzątałam sama – trzydzieści cztery sztuki, policzyłam dokładnie. Ani jednej propozycji pomocy. Ani słowa o składce.
Wieczorem Tomasz nie wszedł do sypialni. Z okna widziałam zaparkowany samochód – spał w środku.
Dwunastego dnia obudził mnie o szóstej trzydzieści donośny głos teściowej.
– Agnieszka! Barszcz trzeba nastawić! Ja jem obiad w południe!
Szósta trzydzieści. Sobota. Jedyny dzień bez pilnych raportów i telefonów z pracy.
Leżałam nieruchomo, wpatrzona w sufit. Za ścianą Marcin kaszlał, Julia szeleściła reklamówkami. Kazimierz Głowacki włączył telewizor na maksymalną głośność – słuch miał słaby, więc cierpieli wszyscy.
Tomasz pojawił się w drzwiach. Pachniał wnętrzem auta – znów nocował na parkingu.
– Agnieszka, wstań. Mama czeka.
Usiadłam na łóżku i spojrzałam na niego. Szerokie barki, które momentalnie opadły, gdy z kuchni dobiegło kolejne zawołanie.
– Tomasz – powiedziałam cicho – czy ty w ogóle zapytałeś mnie, zanim ich zaprosiłeś?
– Znowu zaczynasz…
– To nie „znowu”. Cztery osoby na miesiąc w naszym mieszkaniu. Bez konsultacji. Bez pytania, czy mam pracę, terminy, plany. Oświadczyłeś tylko: „Przyjadą w sobotę”.
Potarł nasadę nosa – ten sam gest, który obserwuję od siedmiu lat.
– To rodzina. Miałem im odmówić?
– Mnie też niczego nie odmówiłeś. Po prostu nie zapytałeś.
– I co? Mam ich wyrzucić?
Nie odpowiedziałam. Wstałam i poszłam do kuchni. Nastawiłam barszcz. Buraki, kapusta, wywar, podsmażona marchew – cztery godziny pracy. Grażyna siedziała obok na taborecie i kontrolowała każdy ruch.
– Za mało soli. Barszcz musi być wyrazisty.
Dosypałam.
– Nadal mdły.
Dodałam jeszcze.
– No, teraz lepiej. Ale buraki znowu źle przygotowane.
Dwanaście dni. Codziennie około czterech godzin przy garnkach. Czterdzieści osiem godzin – pełen etat i nadgodziny. A przed nami jeszcze osiemnaście dni.
Po obiedzie Grażyna wyciągnęła Tomasza na balkon. Zmywałam talerze przy otwartym oknie i słyszałam każde słowo.
– Ona do ciebie nie pasuje, Tomaszu. Zimna, skąpa, liczy każdą złotówkę. Zasługujesz na kogoś lepszego.
Zakryciłam wodę. Mokry talerz niemal wyślizgnął mi się z rąk. Odłożyłam go na suszarkę powoli, równo, starannie.
Wytarłam dłonie w ściereczkę. Weszłam do sypialni. Otworzyłam laptop.
Zaczęłam przeglądać oferty last minute.
Turcja, Antalya. Wylot pojutrze. Dwadzieścia osiem dni, hotel trzygwiazdkowy, opcja „all inclusive”. Czterdzieści cztery tysiące złotych. Na koncie miałam czterdzieści osiem.
Kliknęłam „rezerwuj”. Po raz pierwszy od dwunastu dni ręce mi nie drżały.
Czternastego dnia wstałam przed wszystkimi. Piąta rano. Ciemno, cicho.
Spakowałam niewielką walizkę kabinową – letnie sukienki, strój kąpielowy, sandały, krem z filtrem, ładowarkę, paszport. Kupiłam ją trzy lata temu specjalnie po to, by nie nadawać bagażu.
Na stole w kuchni zostawiłam kartkę. Duże, wyraźne litery.
„Witamy! Wasza gościnna gospodyni wyjechała na urlop. Na miesiąc. W zamrażarce kurczak i pierogi. Barszcz gotuje się cztery godziny – przepis zna Grażyna Czarneckiówna. Udanych wakacji!”
Obok położyłam zapasowe klucze. I wyszłam.
Taksówka czekała pod blokiem. Kierowca schował walizkę do bagażnika.
– Na lotnisko Chopina?
– Tak, proszę.
Usiadłam z tyłu, zapięłam pas i spojrzałam na nasze okna. Ciemne. Wszyscy jeszcze spali.
Samochód ruszył. Oparłam głowę o zagłówek i wypuściłam powietrze z płuc. Dopiero wtedy poczułam, jak bardzo byłam spięta – przez dwanaście dni oddychałam płytko, jakby ktoś ściskał mi klatkę piersiową. Ramiona opadły, kark przestał pulsować bólem.
Telefon zadzwonił o 7:42. Siedziałam już przy bramce. Tomasz.
Odrzuciłam połączenie. Zadzwonił ponownie. Znów odrzuciłam.
Wiadomość: „Gdzie jesteś?!”
Odpisałam: „Na lotnisku. Lecę na urlop. Na miesiąc. Tak jak twoja rodzina – bez uprzedzenia. Przeczytaj kartkę na stole.”
Dwadzieścia trzy sekundy ciszy. A potem ekran rozświetlił się kolejnym powiadomieniem.
