– Natalia Witkowskiówna – odezwałam się do słuchawki, a przy stole momentalnie zapadła cisza. – Tu Anna Królówna. Wiem, że późno, nie zajmę dużo czasu. Przygotuj proszę na jutro rano wypowiedzenia wszystkich umów z „Breeze Media”. Tak, wszystkich – obsługa graficzna, media społecznościowe, kampanie sezonowe. Całość. Powód: rażąco niski standard komunikacji. Obejmuje to wszystkie pięć lokali. Tak, decyzja jest ostateczna. Nową agencję wybierzemy w ciągu tygodnia. Dziękuję.
Odłożyłam telefon obok talerza i spojrzałam na Pawła Górskiego.
Nie docierało do niego. Jeszcze nie. Patrzył na mnie tak, jakby ktoś nagle zmienił język rozmowy na zupełnie obcy.
– Anka… co ty wyprawiasz? – wydusił.
– Pawle – odpowiedziałam spokojnie. – „Cukiernia Plus” należy do mnie. „Słodka Sprawa” to moja marka. Pięć punktów w mieście. Trzydziestu dwóch pracowników. Od sześciu lat twoja firma utrzymuje się w dużej mierze z moich zleceń. Cztery miliony osiemset tysięcy rocznie. Prawie połowa waszego obrotu. Sprawdzałam dokumenty.
Na jego twarzy wszystko było widać jak na wykresie. Najpierw zdziwienie. Potem szybkie liczenie w głowie. Ułamek sekundy później – zrozumienie. A na końcu strach.
– Moment… – odstawił kieliszek, czerwone wino rozlało się na obrusie. – „Cukiernia Plus” to twoja firma? A Natalia Witkowskiówna… to twój menedżer?
– Przez sześć lat realizowałeś kampanie dla mojej sieci – powiedziałam cicho. – I przez siedem lat przy każdej okazji mnie poniżałeś. We własnym domu zostałam przez ciebie ośmieszona. Wrzuciłeś mnie do basenu. Obraziłeś przy partnerach biznesowych.
Robert Czerwiński siedział nieruchomo, jakby uczestniczył w negocjacjach o wielomilionowy kontrakt. Elżbieta Nowakowskiówna patrzyła na Pawła z chłodną dezaprobatą – dokładnie tak, jak patrzy się na muchę, która wpadła do zupy.
– Anka, spokojnie, nie mieszajmy prywatnego z zawodowym – Paweł wstał. Zauważyłam, że drżą mu dłonie. Pierwszy raz w życiu. – Z Jankiem Jabłońskim znamy się od lat. Gdybym wiedział… Przysięgam, nie miałem pojęcia!
– Nie wiedziałeś, że to moja firma – przytaknęłam. – Ale wiedziałeś, że jestem człowiekiem. I to ci wystarczało, żeby traktować mnie jak nikogo.
Zofia Rutkowskiówna siedziała z opuszczonym wzrokiem, milcząca jak zawsze.
Jan nie próbował mnie uciszyć. Po raz pierwszy od ośmiu lat nie wszedł mi w słowo.
– Porozmawiajmy na osobności – Paweł zrobił krok w moją stronę. – Nie przy wszystkich.
– Nie – odpowiedziałam bez wahania. – Siedem lat upokarzałeś mnie publicznie. Teraz ja publicznie podejmuję decyzję. Umowy są wypowiedziane.
Usiadłam z powrotem, sięgnęłam po tartaletkę i odgryzłam kęs. Krem malinowy wyszedł idealnie – lekka wanilia, wyważona kwasowość. Przynajmniej coś tego wieczoru było doskonałe.
Paweł stał na środku mojego salonu, z plamą wina na obrusie i miną człowieka, który właśnie zrozumiał skalę straty. W końcu odwrócił się i wyszedł. Zofia podążyła za nim. Drzwi zatrzasnęły się z głuchym echem.
Przy stole zaległa cisza. Dopijałam wodę małymi łykami.
Robert Czerwiński chrząknął.
– Pani Anno – odezwał się uprzejmie – temat franczyzy brzmi naprawdę obiecująco.
Uśmiechnęłam się. Pierwszy szczery uśmiech tego wieczoru.
Gdy goście rozeszli się do domów, z Janem sprzątaliśmy zastawę. Przez dłuższą chwilę milczał.
– Wiesz, że będzie do mnie wydzwaniał codziennie – powiedział w końcu.
– Domyślam się.
– Co mam mu odpowiadać?
– Prawdę. Że przyszedł do mojego domu i obraził jego gospodynię.
Jan odstawił talerz do zlewu i spojrzał na mnie poważnie.
– Powinienem był zareagować dużo wcześniej.
Nie zaprzeczyłam. Bo to była prawda. Mógł. Nie zrobił tego. I to również zapisuje się w naszej historii.
Minęły dwa miesiące. Paweł stracił moje kontrakty. Ubytek czterech milionów ośmiuset tysięcy rocznie okazał się bolesny – zwolnił troje pracowników i przeniósł firmę do mniejszego biura. Jan, który wciąż spotykał się z nim co dwa tygodnie, przekazał mi te informacje.
Podobno Paweł opowiada wszystkim, że jestem „małostkowa” i „mściwa”. Że wykorzystałam okazję. Że pomieszałam emocje z biznesem. I że „prawdziwy przedsiębiorca tak nie postępuje”.
Być może. A może prawdziwy przedsiębiorca nie popycha swojej klientki do basenu.
Znalazłam nową agencję. Są równie skuteczni, a przy tym uprzejmi. Okazało się, że można prowadzić kampanie marketingowe bez obrażania zleceniodawcy.
Jan nadal widuje się z Pawłem. Nie zabraniam mu – to jego przyjaźń. Ale przy naszym stole Paweł już więcej nie zasiadł. I ja wreszcie oddycham spokojnie. Po siedmiu latach – naprawdę spokojnie.
Zostaje tylko jedno pytanie.
Czy przesadziłam, wypowiadając umowy przy jego partnerach? Czy może to on sam zapracował na ten finał – przez te wszystkie lata, dziesiątki spotkań, wyzwiska i tamten basen?
Jak wy byście postąpili?
