Sala była przygotowana z rozmachem – długi stół nakryty śnieżnobiałymi obrusami, świece, dyskretna kapela grająca w tle. Zofia Rutkowskiówna wystroiła się w nową sukienkę i, jak zwykle, trzymała się nieco na uboczu. W centrum uwagi pozostawał Paweł Górski – opalony, uśmiechnięty, w koszuli, której cena pewnie dorównywała czyjejś miesięcznej pensji. Witał każdego z przesadną serdecznością: panom klepał plecy, paniom całował dłonie. Czarujący. O ile patrzyło się z daleka.
Ustawiłam pudełko z tortem na osobnym stoliku i uniosłam wieko. Deser prezentował się zjawiskowo – karmelowe nitki połyskiwały w blasku lamp, a goście natychmiast podeszli bliżej, wyciągając telefony.
– Kto to przygotował? – zapytała kobieta w bordowej kreacji.
– Ja – odpowiedziałam.
– Zajmuje się pani cukiernictwem zawodowo?
– Tak.
Wtedy podszedł Paweł. Najpierw zmierzył wzrokiem tort, potem mnie.
– Anka – rzucił z uśmiechem – robi wrażenie. Tylko może zamiast tyle kremu w wypiek, mogłabyś go sobie czasem odmówić? – roześmiał się i zwrócił do zebranych. – Nasza Anna Królówna ma słabość do słodkości. Widać, prawda?
I poklepał mnie po ramieniu, jakby właśnie powiedział coś niewinnego.
Stałam obok czterokilogramowego dzieła, nad którym pracowałam pół dnia, a kilkanaście par oczu utkwiło się we mnie. Jedni odwrócili wzrok, inni wymusili uśmiech. Zofia nagle bardzo zainteresowała się zawartością swojego kieliszka.
W środku coś się zatrzasnęło. Nie wybuch złości, raczej chłodny klik – jak przekręcenie klucza w zamku.
– Pawle – odezwałam się spokojnie – ten tort jest wart dwanaście tysięcy złotych. Spędziłam przy nim sześć godzin. Właśnie upokorzyłeś osobę, która przyniosła ci ręcznie wykonany prezent. W takim razie zabieram go ze sobą.
Zamknęłam pudełko.
Zapadła cisza tak gęsta, że niemal słyszałam kapanie wody gdzieś na zapleczu.
– Ty tak na serio? – mrugnął z niedowierzaniem.
– Jak najbardziej.
Podniosłam pudełko. Ciężkie, ale dłonie miałam pewne. Odwróciłam się i skierowałam ku wyjściu.
Jan Jabłoński dopadł mnie już przy samochodzie.
– Anna Królówna, poczekaj.
– Poczekam w aucie.
– On nie chciał cię zranić. To był żart…
– Janie – odstawiłam pudełko na maskę – on „żartuje” w ten sposób od siedmiu lat. Za każdym razem przy ludziach. Mam dość udawania, że wszystko jest w porządku. Jedziemy.
Odjechaliśmy. Następnego dnia zawiozłam tort do jednej z moich cukierni – sprzedał się w godzinę.
Przez całą drogę Jan milczał. W domu powiedział tylko:
– Obraził się.
– Ja również – odparłam.
Tamtego wieczoru siedziałam sama w kuchni. Za oknem panowała cisza. Popijałam herbatę i myślałam o tym, że dwanaście tysięcy złotych to tylko kwota, a sześć godzin to zwykłe pół dnia. Jednak fakt, że przy dwudziestu osobach zabrałam swój prezent i wyszłam z podniesioną głową – to było coś nowego. Nie miałam pewności, czy postąpiłam właściwie. Ale plecy miałam wyprostowane. A to już wiele znaczyło.
Dwa tygodnie później Paweł zadzwonił, jakby nic się nie wydarzyło. Zapraszał na imprezę przy basenie. „Tym razem bez tortów” – zażartował.
Nie chciałam tam jechać. Powiedziałam to Janowi wprost. Przytaknął. Po dwóch dniach jednak wrócił do tematu.
– Anka, będą Dawid Krawczyk z Sylwią Sobczakówną. I Mariusz Stępień. Nie widzieliśmy ich wieki. Nie proszę, żebyś godziła się z Pawłem. Chodź dla mnie.
Dla niego. Osiem lat „dla niego”. Każde święto, każdy wspólny weekend, każda bezsensowna domówka. Policzyłam kiedyś – przez siedem lat spotkaliśmy się z Pawłem około sześćdziesięciu razy. Osiem, może dziesięć spotkań rocznie. Ani jednego bez komentarza o mojej wadze, o tym, co jem, jak wyglądam, w co się ubrałam.
Sześćdziesiąt spotkań. Sześćdziesiąt drobnych upokorzeń. A ja za każdym razem uśmiechałam się, milczałam albo znikałam do innego pokoju. A Jan powtarzał: „On nie robi tego ze złośliwości”.
Pojechałam.
Dom Pawła pod miastem był pokazem możliwości: zadbany ogród, podświetlany basen, strefa grillowa. Wszystko dopracowane, kosztowne, demonstracyjnie idealne. Lubił prezentować światu swoje sukcesy. Białe leżaki, nastrojowe lampy, muzyka z głośników. Osiemnaście osób – połowę znałam, reszta była mi obca.
Założyłam jednoczęściowy kostium i narzuciłam tunikę. Rozmiar pięćdziesiąt dwa – tak, jestem dużą kobietą. Wiem o tym każdego dnia, gdy wstaję, ubieram się, jadę do pracy, zarządzam pięcioma cukierniami i wypłacam pensje trzydziestu dwóm pracownikom. Moje ciało to moja sprawa. Nie jego.
Pierwsza godzina minęła spokojnie. Paweł kręcił się przy grillu i nowych znajomych. Siedziałam na leżaku z lemoniadą, rozmawiając z Sylwią. Lubiłam ją. Ona też była większych kształtów i również słyszała jego „dowcipy”, choć rzadziej – widywali się sporadycznie.
W końcu podszedł. Z kieliszkiem w dłoni, z tym samym olśniewającym uśmiechem. Opalony, wysportowany. Stanął obok mnie.
– Anka, czemu nie wskakujesz do wody? Basen nagrzany jak trzeba.
– Nie mam ochoty – odpowiedziałam spokojnie.
– No co ty… – zaczął, unosząc brwi z udawanym zdziwieniem.
