Uniósł brwi w wyrazie lekceważenia i prychnął pod nosem, jakby moje słowa były tylko kaprysem. Był święcie przekonany, że blefuję. W jego świecie kobieta nie mogła tak po prostu zignorować wizyty „najbliższych” i pozwolić, by stół świecił pustkami. Zakładał, że najpóźniej w piątkowy wieczór spanikuję, ruszę do kuchni i zacznę w pośpiechu siekać sałatkę jarzynową.
Tymczasem w piątek spokojnie spakowałam niewielką torbę podróżną. W sobotni poranek, gdy wielki strateg nadal smacznie spał, zamówiłam taksówkę i wyjechałam do podmiejskiego hotelu spa na dwa dni błogiego relaksu. Telefon przełączyłam na tryb „Nie przeszkadzać”.
Z domem łączyła mnie jedynie aplikacja z podglądem kamer, które miesiąc wcześniej zamontowaliśmy w salonie i na korytarzu, żeby kontrolować wybryki naszego kota, Barsika.
Rozsiadłam się na leżaku z filiżanką ziołowej herbaty i włączyłam transmisję. Żaden serial nie dostarczyłby mi lepszej rozrywki.
Około południa Tomasz Pawlak zwlókł się z łóżka. Na ekranie zobaczyłam, jak zaspany wychodzi na korytarz, najwyraźniej spodziewając się zapachu pieczeni i przedświątecznego gwaru. Zamiast tego powitała go cisza. Barsik siedział na pustym blacie w kuchni i z godnością wylizywał łapę.
Tomasz najpierw zastygł, potem zaczął krążyć po mieszkaniu. Otworzył lodówkę — pustą. Zajrzał do piekarnika — zimny. W końcu dostrzegł kartkę zostawioną na wyspie kuchennej: „Wyjechałam odpocząć. Fartuch wisi na haczyku. Powodzenia”.
Jego pewność siebie wyparowała w jednej chwili. Chwycił za telefon i zaczął nerwowo wydzwaniać, energicznie gestykulując. Zapewne próbował ratować sytuację zamówieniem cateringu. Jednak zorganizowanie przyjęcia dla piętnastu osób na dwie godziny przed czasem, w sobotę, graniczyło z cudem.
Punktualnie o czternastej rozległ się dzwonek do drzwi.
Do mieszkania wkroczyła Barbara Nowickiówna w eleganckim, odświętnym kostiumie, a tuż za nią wlewali się ciotki, wujkowie i dalsi kuzyni. Śmiechy, komentarze, zdejmowanie płaszczy — wszyscy kierowali się do salonu, oczekując suto zastawionego stołu.
Zamiast uczty zobaczyli nagi blat, zdezorientowanego kota i purpurowego z emocji Tomasza, który usiłował coś nerwowo ukryć za plecami.
