Jakby sprawa była już przesądzona: wybierzesz produkty, zawiążesz fartuch i grzecznie staniesz przy kuchence.
Tego samego wieczoru zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się nazwisko teściowej — Barbara Nowickiówna. Jej głos, gdy odebrałam, ociekał słodyczą tak przesadzoną, że aż mdłą. Jeszcze chwila tych „kochana Agatko” i „nasza złota dziewczyno”, a człowiek mógłby badać poziom glukozy. Każde słowo wypowiadała z przesadną czułością, jakby nie miała zamiaru o nic prosić, tylko udzielić mi łaskawego błogosławieństwa. Z pozoru brzmiało to niemal wzruszająco, gdyby nie to, że pod warstwą lukru wyraźnie słyszałam kliknięcie dobrze znanego mechanizmu — stalowej pułapki, która zatrzaskuje się dopiero wtedy, gdy ofiara sama zrobi krok naprzód.
— Agatko, witaj, kochanie! Tomasz powiedział, że w sobotę na nas czekacie. Cieszę się, że tak pięknie włączasz się w rodzinne sprawy. Wysłałam ci przepis, to nic trudnego…
— Dobry wieczór, Barbaro Nowickiówno — weszłam jej w słowo spokojnie, lecz stanowczo. — Tomasz zaprosił państwa, więc to on jest gospodarzem. Ja w sobotę wyjeżdżam i nie będzie mnie w domu.
Po drugiej stronie zapadła cisza, po której rozległo się oburzone sapnięcie. Słodki ton wyparował natychmiast, jakby ktoś odkręcił zawór z syropem.
— Jak ty się do mnie odzywasz?! — zadźwięczał jej głos. — Mój syn zapewnia ci wygodne życie! Powinnaś okazywać wdzięczność! Mógł znaleźć sobie żonę bardziej uległą!
Obowiązek wobec rodziny to szczególna waluta — zobowiązania zaciąga jedna osoba, a rachunek próbuje się wystawić komuś innemu. Na mnie jednak takie sztuczki nie robiły już wrażenia.
— Po pierwsze, mieszkamy w moim mieszkaniu kupionym jeszcze przed ślubem — odpowiedziałam wyraźnie, akcentując każde słowo. — Po drugie, szacunek nie jest czymś, co się finansuje. Na niego się pracuje. Listę dań i gości proszę ustalać z synem. Dobranoc.
Rozłączyłam się bez wahania. Tomasz Pawlak, który przysłuchiwał się końcówce rozmowy, patrzył na mnie tak, jakby właśnie ogłoszono zamach stanu.
— To skandal! Obraziłaś moją matkę! — oświadczył z miną urażonego władcy. — W sobotę o czternastej przychodzą goście. I na stole ma być jedzenie. Koniec dyskusji.
Spojrzałam na niego spokojnie, czując, że to dopiero początek prawdziwej burzy.
