…zapewne już zdążyła poinformować panią, że środki wróciły na konto.
Barbara Sikora zacisnęła palce na obrusie tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Od trzech lat mieszkała w eleganckiej kawalerce w samym centrum, którą opłacaliśmy, żeby – jak sama to ujmowała – „nie kisiła się na peryferiach”. Swoje własne mieszkanie wynajmowała, a czynsz przeznaczała na „życie na poziomie”.
— Mateusz! — zapiszczała histerycznie. — Zrób coś! Ona nas puści z torbami!
Mateusz Wieczorek stracił panowanie nad sobą. Poderwał się gwałtownie, chwycił mnie za ramię i spróbował odciągnąć od stołu.
— Wychodzimy. Natychmiast. Porozmawiamy w domu. Ty już całkiem oszalałaś, Justyna? To moja matka!
Nie szarpałam się. Spojrzałam tylko na jego dłoń zaciśniętą na moim łokciu.
— Puść mnie. Albo dzwonię na policję i zgłaszam naruszenie nietykalności. Wiesz, że nie żartuję. A wtedy twoja „świeżo podwyższona” pensja w Logistik‑Group może szybko stopnieć. Dział bezpieczeństwa raczej nie toleruje pracowników z zarzutami o przemoc domową.
Cofnął rękę jak oparzony. W sali rozległ się szmer szeptów. Jakaś ciotka z Torunia zaczęła demonstracyjnie pakować wędliny do plastikowych pojemników — klasyczny znak, że przyjęcie dobiegło końca.
— Panie Mateuszu — menedżer loftu nie silił się już na uprzejmość. — Albo regulujemy należność, albo wzywam ochronę. Nas interesuje opłata za salę i catering, nie rodzinne dramaty.
Wstałam spokojnie, poprawiłam pasek torebki.
— Barbaro, woda była naprawdę chłodna. Dziękuję za atrakcję. Oskar, chodź, skarbie. Wracamy.
— Mamo, czemu babcia płacze? — zapytał Oskar Chmielewski, ciągnąc za sobą mały plecak.
— Bo czasem prawda bywa bolesna — odpowiedziałam łagodnie. — Zwłaszcza gdy ktoś zbyt długo żyje w bajce.
Czułam na plecach ciężkie, wrogie spojrzenie teściowej, gdy kierowałam się ku wyjściu. Mateusz gorączkowo tłumaczył coś menedżerowi i wydzwaniał do znajomych, próbując „pożyczyć do jutra”.
Nie wiedział jednak wszystkiego. Monika Michalska z banku, blokując karty, przesłała mi w komunikatorze zrzut ostatnich prób autoryzacji. Dwie godziny wcześniej Mateusz usiłował kupić w „Złotym Jabłku” voucher na pięćdziesiąt tysięcy złotych. Nie dla matki. Kod potwierdzający przyszedł na mój numer, więc transakcja nie przeszła.
To nie miał być prezent dla Barbary. W życiu Mateusza pojawiła się inna kobieta. A dokładnie te pięćdziesiąt tysięcy zamierzałam przeznaczyć na adwokata od trudnych spraw majątkowych.
Gdy wyszłam na chłodną ulicę Radziszewskiego, telefon zawibrował. Wiadomość od męża: „Pożałujesz. Jutro składam pozew o rozwód i wylecisz z mieszkania z jedną walizką”.
Uśmiechnęłam się pod nosem, sadzając syna w taksówce. Nie miał pojęcia, że mieszkanie kupiliśmy z wykorzystaniem kapitału rodzinnego i udziały dzieci są nienaruszalne. Nie wiedział też, że jako główna księgowa doskonale orientuję się w jego dodatkowych dochodach przepuszczanych przez fikcyjne działalności, a właśnie dziś przyszło zawiadomienie z urzędu skarbowego o kontroli.
Minęło osiem minut od chwili, gdy lodowata woda spłynęła mi po plecach. W tym czasie Barbara przestała być w stanie spojrzeć mi w oczy. A to był dopiero początek.
Jacek Michalak, menedżer sali, stał już tuż przy Mateuszu. Zniknął z jego twarzy uprzejmy uśmiech; zastąpiła go twarda determinacja.
— Panie Mateuszu, jak to rozwiązujemy? — zapytał chłodno. — System pokazuje „karta zablokowana przez właściciela rachunku”. Twierdził pan, że to budżet firmowy.
Barbara, jeszcze przed chwilą królująca przy stole, teraz wyglądała jak powietrze spuszczone z balonu. Nerwowo przetrząsała lakierowaną torebkę, wyciągając swoją kartę emerytalną.
— Chwileczkę… ja coś mam — mamrotała. — Teresko, pożyczysz mi do jutra? Przecież wiesz, mój Mateusz odda. To tylko nieporozumienie…
Teresa Marciniak, jej „najbliższa przyjaciółka” z kuratorium, nagle z ogromnym zainteresowaniem zaczęła przyglądać się zawartości kieliszka.
— Och, Basiu, mam limit przelewów. A poza tym z Tadeuszem już zamówiliśmy taksówkę, musimy wracać pod Łódź.
Patrzyłam na tę scenę jak na przyspieszony film. Była 18:50. Dokładnie osiem minut od momentu, gdy upokorzenie zamieniło się w coś znacznie bardziej konkretnego.
Wyjęłam telefon i podsunęłam ekran pod oczy teściowej. Na wyświetlaczu widniał zrzut z aplikacji bankowej z próbą zakupu w „Złotym Jabłku”.
— Proszę spojrzeć, Barbaro. Oto na co pański syn chciał wydać te pięćdziesiąt tysięcy. Na perfumy i kosmetyki. Nie dla pani. Dziewczynie zapisanej w jego telefonie pod męskim imieniem.
