— „Agatko, to ty wracasz autobusem?” „Agatko, pewnie wam teraz ciężko…” „Agatko, zostały nam rolki sushi, może zabierzesz dla dzieci?”
Agata uniosła brwi.
— Tyle że my nie mamy dzieci, Barbaro. Ale dziękuję. W twojej wersji świata i tak wyglądam na kobietę, której wypada oddać to, czego inni nie dojedli.
Barbara momentalnie straciła kolor na twarzy.
— Chciałam dobrze. To była troska.
— Nie. To był nawyk patrzenia z góry i udawania, że to serdeczność.
Elżbieta Michalakówna teatralnie rozłożyła ręce.
— Boże święty, jaka niewdzięczna! Przyjęliśmy ją do rodziny, znosiliśmy…
— Znosiliście? — Agata parsknęła krótkim śmiechem. — To może jeszcze wręczyć wam dyplom za cierpliwość? Wy mnie nigdy nie przyjęliście. Od pierwszego dnia byłam dla was „błędem” Mariusza. Bo nie wniosłam mieszkania, nie przyjechałam z samochodem, nie mam odpowiedniego nazwiska i nie potrafię uśmiechać się tak, jakby upokorzenia sprawiały mi przyjemność.
Z głębi mieszkania dobiegł niepewny głos którejś z cioć:
— Może już herbatę nalać…
— Proszę siedzieć! — warknęła Elżbieta w stronę salonu, nawet się nie odwracając.
Agata poprawiła pasek torebki na ramieniu.
— W takim razie wszystkiego najlepszego z okazji jubileuszu. Naprawdę. I życzę pani, żeby kiedyś dostrzegła pani obok siebie ludzi, a nie obsługę techniczną i tabelkę z osiągnięciami.
— Wynoś się!
— Właśnie to robię.
Odwróciła się i ruszyła w stronę schodów.
— Agata! — zawołał Tomasz Dudek. — Zaczekaj.
Zatrzymała się piętro niżej. Tomasz wyszedł za nią, przymknął drzwi, lecz zostawił je uchylone na tyle, by w mieszkaniu mogli słyszeć każde słowo i jednocześnie udawać, że nie słyszą.
— Daj spokój z tym teatrem — powiedział ciszej. — Wróć, połóż pieniądze na stole i będzie po sprawie. Po co palić za sobą mosty?
— Te mosty od dawna są spalone. I nie ja podkładałam ogień.
— Matkę ma się jedną.
— A Mariusz też ma jedną psychikę.
— Nastawiasz go przeciwko rodzinie.
Agata odwróciła się powoli.
— Nie, Tomaszu. To wy przez lata ustawialiście go przeciwko samemu sobie. Żeby ciągle czuł się gorszy. Wygodnie, prawda? Gdy jeden syn błyszczy, drugi ma stać w cieniu i jeszcze dziękować za możliwość bycia w tle.
Tomasz spuścił wzrok.
— Nie rozumiesz.
— To mi wytłumacz.
— Mama jest trudna, fakt. Ale po rozwodzie sama nas wychowywała. Harowała, żebyśmy coś w życiu osiągnęli.
— I dlatego jednemu wmówiła, że jest ideałem, a drugiemu, że zawsze będzie niewystarczający?
— To nieprawda.
— To czemu każda rozmowa kończy się liczeniem pieniędzy, porównywaniem stanowisk i wyliczaniem, kto ile zarabia? Dlaczego po jej telefonach Mariusz przez pół dnia chodzi jak cień? Czemu teraz nie mówisz: „Mamo, przesadziłaś”, tylko do mnie: „wróć i przełknij”?
Tomasz potarł twarz, jakby chciał zetrzeć zmęczenie.
— Nie chcę awantury w dniu jej święta.
— A ja nie chcę być wycieraczką w dniu jej święta. Ani w żadnym innym.
Drzwi uchyliły się szerzej i na klatkę wysunęła się Barbara.
— Tomek, długo jeszcze? Wszyscy czekają na toast.
Potem spojrzała na Agatę z półuśmiechem.
— Serio robisz taki dramat o pięć tysięcy? To przecież niewielka suma.
Agata zmrużyła oczy.
— Skoro taka niewielka, poradzicie sobie bez niej.
Barbara otworzyła usta, ale słowa ugrzęzły jej w gardle.
— Zawsze nam zazdrościłaś — wypaliła w końcu. — Zawsze.
— Czego? Tego, że potrafisz uśmiechać się komuś w twarz, a pod stołem kopnąć? Dziękuję, wolę tańsze buty i spokojne sumienie.
— Dosyć — uciął Tomasz z irytacją.
— Zgadzam się. Wystarczy.
Zeszła na dół, wyszła z klatki i dopiero na chodniku poczuła, jak szybko oddycha, jakby przebiegła kilka przecznic. Deszcz niemal ustał. Mokry asfalt lśnił w świetle latarni, ktoś taszczył zakupy do bloku obok, na placu zabaw leżała przemoczona łopatka. Zwykły wieczór. I właśnie ta zwyczajność przyniosła jej ulgę.
Wyjęła telefon i zadzwoniła do męża.
— Halo? — Mariusz odebrał natychmiast. — I jak?
— Wyszłam.
Chwila ciszy.
— Wyszłaś? To znaczy?
— Złożyłam życzenia, wysłuchałam darmowego programu pod tytułem „upokorzenia rodzinne”, pieniędzy nie zostawiłam i wyszłam.
Znów milczenie, potem ostrożnie:
— Powtórz.
— Koperta jest ze mną. Ja też.
Po drugiej stronie rozległo się długie, głośne westchnienie, aż Agata się uśmiechnęła.
— Boże, Agata…
— Co?
— Pierwszy raz od wczoraj czuję, że kocham cię tak mocno, aż mnie to przeraża.
— No, to brzmi jak wsparcie małżeńskie, a nie wasza rodzinna dyscyplina sportowa.
Roześmiał się krótko.
— Mama krzyczała?
— Jak syrena alarmowa.
— Barbara się wtrącała?
— Oczywiście. Bez niej rodzinny jad traci aromat.
— A Tomasz?
— Stał między sumieniem a wygodą. Wybrał to, co zna najlepiej.
— Rozumiem…
— Mariusz.
— Tak?
— Ja tam więcej nie pojadę. I ty nie musisz. Ani na jubileusze, ani naprawiać kranu, ani stać w kolejkach po dokumenty, ani dlatego, że „mama prosi”.
Zamilkł na moment.
— Wstyd mi, że to ty musiałaś to zrobić.
— Nie. To było potrzebne. Wreszcie zobaczyłam wszystko bez złudzeń.
— I co dalej?
Rozejrzała się. Na rogu świecił szyld małej cukierni, obok pachniała piekarnia — wanilią i świeżo mieloną kawą.
— Mam ochotę kupić coś słodkiego, wrócić do domu i uczcić początek naszej dorosłości.
— Bunt?
— Raczej święto zdrowego rozsądku.
— Brzmi doskonale. Weź eklerki.
— Twój gust jest jak po ośmiu godzinach przy biurku.
— Bo ja jestem po ośmiu godzinach przy biurku.
— Dobrze, dorzucę jeszcze makowiec.
— To ja nastawię wodę.
— I wyjmij porządne talerze. Nie te wyszczerbione, które trzymasz „bo nie szkoda”.
— A jak przyjdą goście?
— Dziś gościem jestem ja. I mam wymagania.
Gdy weszła do mieszkania, Mariusz czekał w przedpokoju. Bez pytań odebrał od niej torbę i przytulił tak mocno, że napięcie w końcu z niej zeszło.
— No proszę — mruknęła w jego koszulę. — Bankrut i nieudacznik wrócili do domu.
— Całkiem zgrany duet.
Przeszli do kuchni — małej, z magnesami na lodówce, starą firanką i kaloryferem, który żył własnym rytmem: albo tropiki, albo listopadowy chłód. Mariusz ułożył na talerzu ciastka, pokroił makowiec, włączył czajnik.
— Opowiadaj od początku — poprosił, siadając naprzeciw.
— To długa historia.
— Mam czas. W przeciwieństwie do twojej teściowej, kiedy zobaczy cudzą kopertę.
Agata opowiedziała wszystko — gdzie stała Elżbieta, jakim tonem mówiła Barbara, co próbował ugrać Tomasz, jak milczeli krewni w salonie. Mariusz słuchał, najpierw coraz bardziej ponury, potem kręcił głową z niedowierzaniem, aż w końcu parsknął śmiechem.
— Co cię tak bawi?
— „Akademia biernej agresji z wyróżnieniem”. Szkoda, że nie widziałem miny Barbary.
— Wyglądała tak, jakby ktoś dolał jej do kieliszka kompot zamiast wina.
— Wiesz… — nalał herbaty i usiadł wygodniej. — Zawsze powtarzałem sobie, że trzeba zaciskać zęby. Że matka to matka, że jest ostra, ale że…
