— Czy ty mówisz to całkiem poważnie, Elżbieto Michalakówno, czy w waszym domu w piątki organizuje się darmowe przedstawienia dla rodziny? — Mariusz Malinowski cisnął białą kopertą o kuchenny stół z taką siłą, że leżące obok rachunki rozsypały się po ceracie.
Agata Michalskiówna drgnęła. Koperta podskoczyła, obróciła się i zatrzymała przy cukiernicy z wyszczerbioną pokrywką. Pięć tysięcy złotych. Dla nich to nie były „drobne na waciki”, tylko tydzień bez nerwowego liczenia monet przy kasie.
— Co się stało? — zapytała ostrożnie, choć z jego twarzy można było wyczytać, że stało się wszystko naraz, i to z nawiązką.
Mariusz opadł na taboret, jakby nagle zabrakło mu sił.
— Co? Moja matka. Obchodzi sześćdziesiątkę, więc urządza święto stulecia. Starszy syn, Tomasz Dudek — wzór cnót, duma rodu, niemal minister, tyle że bez teki. A ja? „Doczepiony wagon z rękami”, który całe życie idzie nie tą drogą. I wiesz, kto mnie rzekomo na nią sprowadził? Ty.

Agata bez słowa postawiła przed nim szklankę wody.
— Powiesz dokładnie, co usłyszałeś?
— Dosłownie? Proszę bardzo. „Starszy syn szanuje matkę, młodszy przynosi wstyd. U Tomasza żona to kobieta z klasą, a ty? Dziewczyna z wieczną kartą rabatową z dyskontu”. Ładnie, prawda? A potem było jeszcze lepiej: „Przyprowadził biedaczkę, a ta śmie pouczać”. I klasyk: „Ani mieszkania porządnego, ani auta, ani widoków na przyszłość”. Stałem jak na przesłuchaniu w spółdzielni.
Agata zacisnęła usta. Bolało ją nie to, co padło pod jej adresem, ale to, jak łatwo jego w tej rodzinie poniżano — jakby to była tradycja.
— Może ona po prostu…
— Tylko nie mów, że „taki ma charakter” — przerwał. — To nie charakter. To nawyk traktowania ludzi jak przypalonej patelni.
Usiadła naprzeciwko.
— Nie bronię jej. Ale jutro są urodziny. Jeśli nie pójdziesz, rozpęta się kolejny akt dramatu. Telefony, pretensje, Barbara Górskiówna rozpuści po rodzinie plotkę, że skąpiliśmy na prezent i obraziliśmy matkę.
— A kogo jeszcze nie zdążyliśmy obrazić? Sąsiadów? Urząd skarbowy? — prychnął gorzko. — Nie mam ochoty tam iść. Wcale.
— W porządku. Zostaniesz. Ja podjadę po pracy, wręczę kopertę, złożę życzenia i wrócę. Bez toastów i pokazów dobrobytu.
Spojrzał na nią uważnie.
— Po co?
— Żeby mieć to z głowy. Formalność i koniec.
— Formalność? W lodówce świeci pustka — mruknął. — Te pięć tysięcy miało pójść na twoje buty i rachunki.
— Wiem.
— To dlaczego znowu udajemy eleganckich przed ludźmi, którzy nie uznają nas za równych?
Milczała chwilę. Na kuchence cicho szemrał czajnik, a za oknem marcowe niebo było ołowiane. Ktoś na podwórzu próbował odpalić samochód, który kaszlał jak przeziębiony.
— Muszę zobaczyć to na własne oczy — powiedziała w końcu. — Nie tylko z twojej relacji.
— Co zobaczyć?
— Czy to już granica. Czy dalej nie ma sensu tego znosić.
Przez moment patrzył na nią, potem upił łyk wody i uśmiechnął się bez wesołości.
— Rób, jak uważasz. Tylko nie mów potem, że cię nie ostrzegałem.
— Nie powiem.
— I jedno. Jeśli Barbara zacznie swoje słodkie jady, nie uśmiechaj się.
— Postaram się.
— Mówię serio. Masz odruch uśmiechania się, kiedy ktoś chce cię wdeptać w ziemię.
— To mechanizm obronny.
— Kiepski. Jak program antywirusowy, który sam wpuszcza zagrożenie.
Parsknęła cicho.
— Niezłe porównanie.
— Romantyzm w wersji oszczędnej — odparł.
Następnego dnia wyszła z pracy godzinę wcześniej. Przełożona skrzywiła się, ale słowo „jubileusz” działało na nią jak zaklęcie, więc machnęła ręką.
Padała drobna, nieprzyjemna mżawka. Agata wpadła do kiosku z kwiatami przy przystanku.
— Coś ładnego i w rozsądnej cenie — poprosiła.
— Czyli opis mojego życia — westchnęła sprzedawczyni i wskazała chryzantemy. — Trwałe, eleganckie i bez kaprysów.
— Przydałby mi się taki charakter.
— Takie mają tylko kwiaty i niektóre kasjerki — odparła filozoficznie kobieta.
Agata uśmiechnęła się, zapłaciła i ruszyła w stronę bloku teściowej. W autobusie ktoś głośno rozprawiał o remoncie łazienki, obok nastolatek chrupał coś z takim hałasem, jakby kruszył cegły. Wszystko było zwyczajne, tylko w środku czuła niepokój.
Przed klatką stały trzy auta. Jedno — czarny SUV Barbary Górskiównej i Tomasza Dudka — lśnił jak z reklamy cudzej, lepszej egzystencji. W środku budynku unosił się zapach perfum, pieczonego mięsa i smażonej cebuli. Za drzwiami mieszkania słychać było śmiechy.
Nacisnęła dzwonek.
Gwar ucichł na sekundę. Zamek szczęknął i w progu stanęła Elżbieta Michalakówna — w granatowej sukni, z perfekcyjną fryzurą i makijażem, wyprostowana jak gospodyni balu.
Zmierzwiła Agatę spojrzeniem pełnym chłodu.
— A, to ty.
— Dobry wieczór. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
— A Mariusz? Nagle stracił nogi? Albo odwagę?
— Nie przyszedł. Przyjechałam w imieniu nas obojga.
— Czyli nawet w dzień własnego jubileuszu nie zasłużyłam na obecność syna — oznajmiła głośno w głąb mieszkania, by wszyscy słyszeli. — Wzruszające.
Z korytarza wyłoniła się Barbara z kieliszkiem w dłoni. Idealna fryzura, błyszczące kolczyki, sukienka warta pewnie tyle, co dwumiesięczna pensja Agaty, i uśmiech o ostrych krawędziach.
— O, Agatko! Myśleliśmy, że oszczędzacie już nawet na wizytach.
— Dobry wieczór — odparła chłodno.
— Wejdź, jeśli chcesz. Chociaż w salonie komplet. Na kuchni stoi wolny taboret. Tylko z obiadem może być krucho, bo wszystko schodzi na bieżąco.
— Zostanę chwilę. Chciałam tylko przekazać życzenia i prezent.
Elżbieta wzięła bukiet dwoma palcami, jakby trzymała coś podejrzanego.
— Anno, odłóż to gdzieś — rzuciła przez ramię. — I nie do tej dużej wazy, tam stoją porządne kompozycje.
Agata poczuła, jak twarz oblewa jej gorąco.
— Dziękuję za szczerość — powiedziała cicho.
— Szczerość to luksus, a dziś mam święto, więc mogę sobie na nią pozwolić. No dobrze, co tam macie? — wyciągnęła rękę. — Daj, nie przeciągaj.
— Może pozwoli mi pani wejść do środka? — zapytała Agata, patrząc jej prosto w oczy.
