— Na chwilę? — prychnęła Elżbieta. — Sama mówiłaś, że wpadniesz tylko na moment.
Z głębi mieszkania dobiegł męski głos:
— Ela, kto przyszedł?
— Nasz młodszy oddział rodzinny! — odkrzyknęła z przekąsem. — Dostawa gotówki.
W przedpokoju rozległy się stłumione chichoty.
Barbara Górskiówna upiła łyk wina i przechyliła głowę z udawaną troską.
— Agato, nie bierz tego do siebie. Po prostu mamy dziś tłum. A przy większej liczbie gości trzeba jakoś ustalić hierarchię miejsc. Sama rozumiesz — kto bliżej, kto trochę dalej. Bez osobistych podtekstów.
— Hierarchię? — powtórzyła spokojnie Agata.
— No wiesz, nie chodzi o stanowiska — wyjaśniła słodkim tonem Barbara. — Raczej o stopień zażyłości. Jesteś dorosła, powinnaś wyczuwać takie niuanse.
— Ach, „niuanse”. Bardzo wygodne słowo, gdy chce się kogoś obrazić z klasą.
Elżbieta natychmiast się ożywiła.
— O, widzę, że odwaga się włączyła. Agato, bez charakterków. Was z Mariuszem na takie fanaberie zwyczajnie nie stać. Ledwo wiążecie koniec z końcem. Skoro już przyszłaś, zachowuj się skromnie.
Agata powoli rozpięła torebkę i wsunęła dłoń do środka, dotykając koperty. Serce tłukło jej się w piersi ciężko i gniewnie.
— Dajemy sobie radę — odparła cicho.
— Doprawdy? — Elżbieta uniosła brwi. — „Dajecie radę” to znaczy: czterdziestoletni mężczyzna jeździ komunikacją i wynajmuje mieszkanie na obrzeżach miasta? Tomasz kupił mi telewizor, opłacił wyjazd do sanatorium, jeszcze proponował restaurację na dziś, ale wolałam przyjęcie w domu. A wasz wkład… nawet nie chcę zgadywać.
— Proszę się nie obawiać — powiedziała Agata miękko. — To nie choroba zakaźna.
Barbara zachichotała, szybko udając kaszel.
— Agato, po co tak ostro? Elżbieta po prostu martwi się o Mariusza. W końcu jest jego matką.
— Jeśli to ma być troska, to strach pomyśleć, jak wygląda u państwa czułość — odpowiedziała Agata.
Elżbieta wyciągnęła rękę jeszcze bardziej natarczywie.
— Dość. Podaj kopertę i wracaj do siebie. My tu świętujemy, a nie urządzamy scen w progu.
Agata spojrzała na tę dłoń pełną pierścionków, na wypolerowane paznokcie, na zadowoloną minę Barbary i na uchylone drzwi salonu, gdzie przy stole siedzieli krewni. Udawali obojętność, ale każde z nich łowiło słowo.
Wtedy coś w niej przestawiło się bezgłośnie, jak kliknięcie wyłącznika.
— Ma pani rację — powiedziała z niespodziewanym spokojem. — Nie będę psuć nastroju.
Zamiast wyciągnąć kopertę, zamknęła torebkę.
Zgrzyt suwaka zabrzmiał wyraźnie, jakby ktoś nagle ściszył muzykę.
Elżbieta zamrugała.
— Co to ma znaczyć?
— Zasady bezpieczeństwa — odparła Agata. — Pieniądze wymagają szacunku. A tam, gdzie stawia się mnie na wycieraczce i przydziela stołek „według rangi”, trudno o jakikolwiek szacunek.
— Oszalałaś? — syknęła teściowa. — Oddawaj! To mój prezent!
— Prezent się wręcza, a nie wydziera jak zaliczkę od podwładnego.
— Syn ma obowiązki wobec matki!
— Być może. Ale pani nie ma obowiązku upokarzać jego żony. A jednak robi to pani z wyjątkowym zaangażowaniem.
Barbara zrobiła krok naprzód.
— Zachowujesz się bardzo niestosownie. Elżbieta nie jest już młoda, takie awantury są dla niej przykre.
— Więc może przestańcie je wywoływać za każdym razem, gdy mnie widzicie?
— Nikt niczego nie wywołuje — odparła chłodno Barbara. — Tyle że gościnność nie oznacza obowiązku znoszenia cudzej nadwrażliwości.
— Uczyłaś się tego w jakiejś akademii pasywnej agresji? Z wyróżnieniem?
Z salonu dobiegł tłumiony śmiech. Ktoś nie wytrzymał.
Elżbieta poczerwieniała.
— Jakim tonem ty mówisz w moim domu!
— A jakim tonem pani mówi do mojego męża od lat? — Agata po raz pierwszy podniosła głos. — Myśli pani, że on mi nie opowiada? Że nie widzę, jak po każdej rozmowie z panią chodzi przygarbiony, jakby przejechał po nim walec? Z dwóch synów zrobiła pani jednego wzorowego, a drugiego — winnego wszystkiego. I dziwi się pani, że dziś go tu nie ma?
— Nie ma go, bo jest słaby! — ucięła Elżbieta. — Tomasz nigdy by tak nie postąpił.
— Oczywiście. Tomasz jest u was bez skazy. Przyjeżdża raz w miesiącu błyszczącym samochodem, wręcza drogi podarunek, wszyscy klaszczą, a potem wyjeżdża. A pani przez kolejne dni wydzwania do Mariusza z cieknącym kranem, z dokumentami do urzędu, z każdą drobnostką.
W korytarzu zapadła ciężka cisza.
Barbara zmrużyła oczy.
— Uważaj na słowa.
— Ty uważaj na miny. Wyglądasz, jakby właśnie cofnięto ci rabat.
— Ja naprawdę dużo robię dla tej rodziny.
— Tworzysz ładną scenografię. To co innego.
Elżbieta podeszła tak blisko, że niemal się stykały.
— Wynoś się. I więcej tu nie przychodź.
— Z przyjemnością — skinęła głową Agata. — To akurat świetna wiadomość.
— A pieniądze zostaw!
— Nie. Mój mąż nie pracuje po to, żeby jeszcze płacić za własne upokorzenie.
— Powiem wszystko Mariuszowi!
— Proszę bardzo. I niech pani wspomni, jak przyjęła jego żonę w dniu swoich urodzin — jak dostawcę stojącego na klatce schodowej.
Z salonu wyszedł Tomasz Dudek — wysoki, starannie ogolony, w eleganckiej koszuli. Na twarzy miał wyraz człowieka, który nie chce brać udziału w konflikcie, ale równie mocno pragnie uchodzić za sprawiedliwego.
— Co się dzieje?
Agata spojrzała na niego.
— O, główny sponsor przedsięwzięcia. Sprawa jest prosta: przyszłam z życzeniami, a dowiedziałam się, że nie reprezentuję odpowiedniego poziomu, by przekroczyć próg bez komentarza.
Tomasz rzucił zniecierpliwione spojrzenie matce, potem Barbarze.
— Mamo, może nie trzeba było od razu w drzwiach…
— A co takiego powiedziałam? — obruszyła się Elżbieta. — Mówiłam prawdę.
— U pani prawda zawsze brzmi jak policzek — wtrąciła Agata.
Tomasz westchnął.
— Agato, nie róbmy sceny. Daj prezent, złóż życzenia i rozejdźmy się w zgodzie.
— Dlaczego mam udawać, że wszystko jest w porządku?
— Bo to święto.
— Świetny argument. Czyli w dniu urodzin wolno obrażać bez limitu?
Barbara prychnęła.
— Nie przesadzaj.
— A ty przestań mnie pouczać. Mam już dość twoich lekcji.
Tomasz spojrzał na zamkniętą torebkę.
— Dobrze. Ile tam jest?
— To nie twoja sprawa.
— Agata…
— Wiesz, co jest zabawne? — przerwała. — W tej rodzinie pieniądze mojego męża traktuje się jak wspólną kasę. Gdy trzeba dołożyć się do prezentu — Mariusz ma obowiązek. Gdy trzeba zawieźć dokumenty, naprawić kran, stać w kolejce — też Mariusz. Ale szacunek dostają wyłącznie ci, którzy mają większe auto i żonę w jedwabiu.
Tomasz zacisnął usta.
— Teraz przesadzasz.
— Naprawdę? A gdzie byłeś ze swoją rozwagą, kiedy twoja żona przy każdej okazji zaczyna swoje słodkie wyliczanki pod moim adresem?
