…jakby ktoś nagle odebrał mu grunt pod nogami. Stał z uchylonymi ustami, bezradny, zupełnie jak ryba wyrzucona na suchy piasek.
— Ale… jak to? — wykrztusił w końcu. — Skąd ona…? Przecież jeszcze niedawno ledwo wiązała koniec z końcem, stała na targu…
— Stała — przytaknęła spokojnie Dorota Witkowskiówna. — I bardzo dobrze robiła. Bo człowiek, który potrafi pracować i rękami, i głową, prędzej czy później stanie pewnie na nogach. W przeciwieństwie do takich, którzy specjalizują się w podstawianiu innym nóg i zaciąganiu zobowiązań na cudze dane.
Konrad zrobił się biały jak kreda. Nie chodziło o zwykłe zblednięcie — on dosłownie stracił kolor.
— Nie mam pojęcia, o czym pani mówi — spróbował, lecz głos odmówił mu posłuszeństwa.
— Doskonale pan wie — ucięła krótko. — Zanim zaczynam z kimkolwiek interesy, sprawdzam jego przeszłość. Pańska również nie jest mi obca. Te kredyty, podrobione podpisy, ucieczki przed wierzycielami… wszystko jest udokumentowane.
Z torebki wyjęła kartkę i podała mu ją bez pośpiechu.
— Proszę zerknąć. Kojarzy pan?
Przebiegł wzrokiem po tekście. Twarz przybrała ziemisty odcień.
— Skąd to pani ma…? — wyszeptał.
— Mam swoje źródła — odparła z lekkim uśmiechem. — A teraz proszę mnie uważnie posłuchać. Julia Długoszówna współpracuje ze mną. Jeśli dowiem się, że próbuje ją pan zastraszać albo choćby nachodzić, te dokumenty trafią tam, gdzie powinny. I nie tylko te. Jest tego znacznie więcej. Czy wyraziłam się jasno?
Milczał. Patrzył to na kartkę, to na mnie, to znów na Dorotę Witkowskiównę.
— W takim razie proszę odejść — powiedziała stanowczo. — I nie chcę pana więcej widzieć ani tutaj, ani w pobliżu Julii. To wszystko.
Stał jeszcze chwilę, jakby nie dowierzał, że to dzieje się naprawdę, po czym odwrócił się i szybkim krokiem ruszył przed siebie. Niemal biegł, przeciskając się przez ludzi. Długie palto łopotało na wietrze.
Patrzyłam za nim osłupiała. Konrad Kamiński — zawsze pewny siebie, wyniosły — uciekał przed kobietą, którą jeszcze chwilę wcześniej uważał za zwykłą sprzedawczynię z targu.
— Dziękuję — wydusiłam, odwracając się do Doroty Witkowskiównej. — Nawet nie wiem…
— Wie pani — przerwała łagodnie. — Sama kiedyś przez to przeszłam. Tyle że ja nie miałam wtedy nikogo, kto by mnie wsparł. Musiałam walczyć sama.
Poprawiła kołnierz płaszcza i westchnęła.
— A pani zachowała się świetnie. Specjalnie nie reagowałam od razu, chciałam zobaczyć, jak sobie poradzi. I poradziła sobie pani. Nie złamała się.
Poczułam, że oczy znów zachodzą mi łzami. Ile jeszcze razy będę płakać z bezsilności i ulgi jednocześnie?
— Chodźmy na zaplecze — zaproponowała. — Napijemy się herbaty i omówimy kilka spraw. Tam przynajmniej jest ciepło.
Skinęłam głową, szybko spakowałam czapki do pudełka i ruszyłam za nią. Przy drzwiach obejrzałam się jeszcze raz.
Konrad stał w oddali, może kilkadziesiąt metrów od nas. Wpatrywał się we mnie, lecz w jego spojrzeniu nie było już ani pogardy, ani złości. Raczej konsternacja kogoś, kto nagle zrozumiał, że przegrał partię, której nawet nie traktował poważnie.
Odwróciłam się i weszłam do środka.
Na zapleczu panowało przyjemne ciepło. Pachniało mocną herbatą, drewnem i czymś swojskim, kojącym. Dorota Witkowskiówna usiadła na skrzypiącym krześle, ja przysiadłam na stołku naprzeciwko. Między nami stała chwiejąca się szafka, na której wylądowały dwa kubki.
— Proszę się napić — zachęciła, podsuwając mi jeden z nich. — I spokojnie posłuchać.
Objęłam dłońmi gorącą porcelanę. Drżenie w palcach powoli ustępowało.
— Niech się pani nim nie przejmuje — skinęła w stronę wyjścia. — Tacy ludzie sami sprowadzają na siebie kłopoty. Czasem życie wymierza im surowszą karę niż sąd.
— Już się go nie boję — powiedziałam i zdziwiłam się, jak bardzo to prawdziwe. — Kiedy się rozstaliśmy i zostałam z jego długami, nie spałam po nocach. Zastanawiałam się, jak mógł mi to zrobić. Teraz… nic nie czuję. Jakby to było dawno temu.
— To znaczy, że przestał panią trzymać — odparła. — Wyrzuciła go pani ze swojego świata. A to początek nowego etapu.
Upiła łyk herbaty.
— Przyjechałam dziś nie tylko po to, by zamknąć tę sprawę. Mam konkretną propozycję. Po Nowym Roku zapraszam panią do naszego biura. Pozna pani zespół, zobaczy produkcję, omówimy kolekcję. Ale uprzedzam — to nie będzie łatwa droga.
Spojrzała na mnie uważnie.
— To nie jest prezent ani litość. To ciężka praca. Czasem po nocach. Odpowiedzialność za markę. Udział w zyskach dostają tylko ci, którzy na to zapracują.
— Jestem gotowa — odpowiedziałam bez wahania.
— Wiem. Obserwowałam panią przez kilka dni. Jak rozmawia pani z klientami, z jaką troską podchodzi do swoich wyrobów. Jest w pani autentyczność. A to dziś rzadkość.
Wyjęła z torebki kopertę i podała mi ją.
— Zaliczka. Na przyszłe projekty. Nie pożyczka, tylko wynagrodzenie za to, co pani stworzy. Chcę, żeby święta były spokojne. Dla córki, dla mamy.
Otworzyłam kopertę i aż wstrzymałam oddech. Kwota była większa niż moje półroczne zarobki.
— Nie wiem, jak się odwdzięczyć…
— Proszę po prostu dobrze pracować — przerwała z uśmiechem. — To wystarczy.
Po chwili dodała ciszej:
— Pański były mąż próbował kiedyś nawiązać ze mną współpracę. Chciał, bym sprzedawała jego towar. Odmówiłam. Intuicja mi podpowiadała, że coś jest nie tak. Teraz mam pewność. I nie zmienię zdania.
W mojej piersi rozlało się ciepło. Spokój, którego nie czułam od lat.
Rozmawiałyśmy jeszcze o planach, nowych liniach produktów, o rozwoju marki „Ciepły Dom”. Słuchałam jak zaczarowana, jakby ktoś opowiadał historię zupełnie obcej kobiety, nie mnie.
Gdy wyszła, targ powoli się wyludniał. Spojrzałam na zegarek — czas się zbierać. Zaczęłam pakować towar i wtedy znów go zobaczyłam.
Stał kilka metrów dalej. Czekał.
Podszedł bliżej, zatrzymał się w bezpiecznej odległości.
— Julio — odezwał się cicho. — Musimy porozmawiać.
— Nie mamy o czym — odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku.
— Mamy. Przepraszam. Za wszystko. Wtedy i dziś.
Spojrzałam na niego. Był jakby mniejszy, przygarbiony.
— Magdalena Malinowskiówna odeszła — powiedział. — Spakowała się i wyszła. Stwierdziła, że ma dość moich problemów.
Nie skomentowałam.
— A kontrakt z „Ciepłym Domem” przepadł. Odwołali spotkanie. Wiem, że to przez ciebie.
— Nie przeze mnie. Decyzje zapadają gdzie indziej.
— Ale możesz z nią porozmawiać! — w jego głosie zabrzmiał dawny ton, lecz szybko go stłumił. — Proszę. Ten kontrakt jest mi potrzebny. Inaczej… będzie źle.
Mówił o sobie, o swojej firmie, o kłopotach. Ani słowa o tym, co zrobił mnie.
— Pomóż — powtórzył. — Dla Hanny Kozłowskiówny. Będę płacił alimenty, obiecuję.
Imię córki zabrzmiało jak wyrzut. Przez lata widywał ją, kiedy mu pasowało. Wysyłał symboliczne pieniądze, jakby to był gest łaski.
Spojrzałam na leżącą na ladzie angorową czapkę — tę, której nie chciałam sprzedawać.
— Weź — podałam mu ją.
— Po co?
— Dla Magdaleny. Albo dla kolejnej. Prezent ode mnie.
Zdezorientowany ścisnął ją w dłoniach.
— A tobie… dziękuję — dodałam spokojnie. — Gdyby nie twoje zdrady, długi i upokorzenia, nie zaczęłabym od nowa. Nie wróciłabym do dziergania. Nie spotkałabym Doroty Witkowskiównej. W pewnym sensie jesteś moim talizmanem szczęścia.
Patrzył na mnie, jakby nie rozumiał ani słowa.
— Kpisz sobie?
— Ani trochę. A co do kontraktu… Wiesz dobrze, dlaczego go nie dostałeś.
Chwyciłam pudełko i ruszyłam w stronę wyjścia.
— Julio! — zawołał. — A może… my? Spróbujemy jeszcze raz? Zmieniam się. Dla Hanny…
Zatrzymałam się. W środku była pustka. Ani gniewu, ani żalu.
— Nie, Konradzie. Moje życie idzie już inną drogą. Dbaj o siebie.
Odeszłam bez oglądania się za siebie. Minęłam zamykane stoiska, Klaudię Zalewskiównę machającą mi na pożegnanie.
Przy wyjściu z targu wciągnęłam w płuca mroźne powietrze. Pachniało świerkiem i mandarynkami, gdzieś grała świąteczna melodia. Nowy Rok czaił się tuż za rogiem.
Wyjęłam z kieszeni zmięte pięćset złotych, które kiedyś rzucił na ladę. Wygładziłam banknoty i puściłam je wolno. Wiatr porwał je i potoczył po śniegu.
W domu czekały mama i Hanna.
Córka rzuciła mi się na szyję.
— Mamo, będzie duża choinka?
— Największa w całym domu — zaśmiałam się.
Mama spojrzała pytająco.
— Wszystko dobrze?
— Lepiej niż dobrze — odpowiedziałam.
Gdy Hanna zasnęła, wyjęłam szkicownik. Ołówek sunął po papierze, kreśląc nowe wzory. Pomysły płynęły same.
Za oknem padał śnieg, a ja wiedziałam jedno: zaczynam od początku.
Z czystą kartą.
