Halina Przybylskiówna podeszła do stołu i nagle znieruchomiała.
Na blacie leżały trzy kartony z pizzą, obok kilka plastikowych butelek z napojami gazowanymi i garść papierowych serwetek. Nic więcej. Żadnej zastawy, żadnych półmisków, żadnego śladu przygotowań.
— Co to ma znaczyć? — zapytała cicho, lecz każde słowo uderzyło z siłą policzka.
Tomasz Pawłowski spróbował przybrać swobodny wyraz twarzy.
— Mamo, po prostu… uznaliśmy, że tym razem będzie skromniej. Bez ceremonii.
— A gdzie Alicja? Dlaczego nie siedzi z nami?
Oderwałam wzrok od książki.
— Jestem tutaj, Halino Przybylskiówno.
— Źle się czujesz? — W jej tonie nie było troski. Raczej chłodna podejrzliwość.
— Nie. To Tomasz stwierdził, że każdy powinien odpowiadać wyłącznie za siebie. Pani syn to przecież pani odpowiedzialność, nie moja.
Halina powoli opadła na krzesło. Spojrzała na pudełka, potem na syna.
— Wytłumacz mi to.
Tomasz zaczął mówić szybko i chaotycznie — o równości, o nowoczesnym podejściu do małżeństwa, o tym, co doradzał mu Marek Stępień. Słuchała w milczeniu, a jej twarz twardniała z każdym kolejnym zdaniem.
— Czyli uznałeś, że ona cię wykorzystuje? — podsumowała w końcu. — Ona?
— Mamo, ja tylko chciałem uczciwości…
— Dosyć. Kto przez dziewięć lat robił zakupy do tego domu? Kto gotował w każdą sobotę, kiedy ty zalegałeś przed telewizorem? Kto w zeszłym roku wykupił lekarstwa dla twojego ojca?
— No… Alicja, ale—
— Kto kupił prezent dla mojej siostry? Kto zawsze dbał, żebyśmy przychodzili do nakrytego stołu? A ty? Wchodziłeś, siadałeś i czekałeś, aż ktoś cię obsłuży.
Tomasz pobladł.
— To nie ma związku z kredytem! Ja spłacam mieszkanie!
— Swoje mieszkanie! — przerwała ostro. — Od dziewięciu lat wypominasz jej to, jakby była tu intruzem żyjącym na twój koszt!
Podniosła się gwałtownie, sięgnęła po torebkę.
— Chodźmy — rzuciła do męża. — Nie mam zamiaru jeść tej pizzy. I nie usiądę przy stole, przy którym upokarza się moją synową.
Potem spojrzała synowi prosto w oczy.
— Powinieneś się wstydzić. Przez lata to ona scalała ten dom, a ty przyjmowałeś to jak coś oczywistego. Wychowałam kogoś, kogo dziś sama nie poznaję.
