— Jedz osobno — oznajmił mój mąż tonem nieznoszącym sprzeciwu. Poszłam o krok dalej: skoro osobno jeść, to i żyć zaczęłam oddzielnie.
Po pracy przekroczyłam próg mieszkania, zsunęłam buty i już w przedpokoju wyczułam napięcie wiszące w powietrzu.
Tomasz Pawłowski stał na środku salonu, z rękami skrzyżowanymi na piersi, twarz miał ściągniętą.
— Musimy porozmawiać.
Zatrzymałam się w pół kroku, torebka wciąż ciążyła mi na ramieniu.

— Jadłem dziś kolację z Markiem Stępniem — rzucił bez wstępu. — On i jego żona prowadzą oddzielne budżety. Każde z nich opłaca swoje wydatki. Uczciwie, przejrzyście, jak dorośli ludzie.
Spokojnie odwiesiłam płaszcz.
— Do czego zmierzasz?
— Nasze finanse są niesprawiedliwe — mówił coraz szybciej. — Ja spłacam kredyt hipoteczny, co miesiąc ogromną ratę. Ty swoją pensję wydajesz, jak chcesz. W cywilizowanych krajach każdy odpowiada za siebie. Jedzenie osobno, ubrania osobno, rozrywki osobno. Mam dość utrzymywania wszystkich.
Przyjrzałam mu się uważnie. Oczekiwał łez. Awantury. Sceny. A ja byłam zwyczajnie zbyt zmęczona na dramaty.
— W porządku. Od jutra każde z nas idzie własną drogą.
Mrugnął zaskoczony.
— Czyli się zgadzasz?
— W pełni. Dziękuję, że to poruszyłeś. Najwyższy czas coś uporządkować.
Przeniosłam się do kuchni, wyjęłam z lodówki sałatkę i zaczęłam jeść. Tomasz przez chwilę stał bezradnie, potem zniknął w sypialni. Ja otworzyłam laptop.
O drugiej nad ranem arkusz był gotowy. Dziewięć lat małżeństwa, paragony skrupulatnie przechowane — jestem pedantyczna w takich sprawach. Opłaty za media. Paliwo do jego auta — nigdy nie tankował za własne. Prezenty dla jego rodziców. Leki dla ojca. Zakupy spożywcze — jego ulubione steki i drogie sery. Wakacje, które w całości finansowałam ja. Suma końcowa robiła wrażenie.
Nad ranem, gdy jeszcze spał, założyłam osobne konto i przelałam tam środki ze wspólnej karty. Zadzwoniłam do dostawców mediów, prosząc o rozdzielenie rachunków. Zrezygnowałam z jego pakietu premium w telewizji i wtedy…
