Adam zesztywniał tak nagle, jakby ktoś wyłączył w nim zasilanie. Przestał przeżuwać, a z jego twarzy odpłynęła krew, pozostawiając ziemisty, kredowy odcień.
— No… bo Gabriela Woźniakówna wspominała, że to ty zaproponowałaś ulokowanie tych pieniędzy w jakimś funduszu inwestycyjnym prowadzonym przez twoją firmę — wydukał, unikając spojrzenia Katarzyny Nowakówny. — Twierdziła, że skoro masz nad tym kontrolę, w ciągu roku kapitał się podwoi.
Katarzyna bardzo powoli przeniosła wzrok na Gabrielę. Ta zastygła na ułamek sekundy, po czym rozciągnęła usta w przesłodzonym, nienaturalnym uśmiechu.
— Kasiu, nie chciałam go niepotrzebnie stresować. Wiesz przecież, jacy są mężczyźni — zaraz wpadają w panikę…
— Nigdy nie zarządzałam waszymi pieniędzmi, Gabrielo — odpowiedziała Katarzyna spokojnie, z wyraźnym naciskiem na każde słowo. — I nigdy nie rekomendowałam żadnego takiego rozwiązania.
Powietrze w eleganckiej sali restauracyjnej nagle stało się ciężkie, jak przed burzą. Gwar rozmów przy sąsiednich stolikach zlał się w przytłumiony, jednostajny szum. Katarzyna uniosła dłoń. Natychmiast podszedł kelner w schludnej kamizelce. Tym razem nie trzymał w ręku wąskiego rachunku, lecz grubą teczkę wypełnioną dokumentami w przezroczystych koszulkach.
— Dzisiejsze zamówienie opiewa na sześćdziesiąt jeden tysięcy czterysta złotych — oznajmił wyraźnie. — Oraz materiały, o które pani prosiła, pani Katarzyno.
— Proszę położyć tutaj — wskazała środek stołu. — Gabrielo, przed chwilą mówiłaś o przyjaźni i o tym, że jako „zamożna chłodna kobieta” powinnam więcej rozumieć. Uznałam więc, że najwyższy czas zrobić bilans naszej znajomości.
Otworzyła teczkę. Na wierzchu leżały wydruki bankowe, na których jaskrawym markerem zaznaczono konkretne kwoty.
— Spójrz uważnie, Adamie. To nie są żadne fundusze inwestycyjne. To przelewy z twojego konta na kartę Gabrieli, a tego samego dnia płatności w butikach z odzieżą premium i salonach kosmetycznych. A tutaj — moje prywatne wydatki na twoją żonę z ostatnich dwóch lat. Widzisz te sumy?
Adam chwycił kartki. Jego dłonie drżały tak mocno, że papier zaczął wydawać suchy, nieprzyjemny szelest.
