„W końcu miałam urodziny. Chociaż raz w roku mogę poczuć się jak kobieta, a nie jak robot kuchenny stojący przy garach” — Gabriela zatrzasnęła kartę dań i oznajmiła, że ona stawia

Niegodziwe, bezwstydne i niespodziewanie bolesne.
Opowieści

— Katarzyno Nowakówno, przestań być taka zasadnicza! Przyjaźnimy się od dekady, a ty wciąż liczysz każdy grosz. Bierzemy kawior i ten zestaw owoców morza, już postanowiłam! — Gabriela Woźniakówna zatrzasnęła kartę dań z miną osoby, która właśnie funduje całe przyjęcie z własnej kieszeni. — W końcu miałam urodziny. Chociaż raz w roku mogę poczuć się jak kobieta, a nie jak robot kuchenny stojący przy garach.

Katarzyna odstawiła szklankę wody z taką powściągliwością, jakby każdy ruch był dokładnie przemyślany. Patrzyła na dawną przyjaciółkę i zamiast bliskości widziała chłodną kalkulację. Doskonale znała ten mechanizm: najpierw opowieści o ciężkim losie i zmęczeniu życiem, potem subtelne wzbudzanie wyrzutów sumienia, aż wreszcie sięganie po najdroższe pozycje z menu, gdy „zamożna koleżanka” przestawała protestować.

— Zamów, Gabrielo. Skoro uważasz, że ci się należy — odparła spokojnie i skinęła na kelnera.

Adam Długosz, mąż Gabrieli, siedział na brzegu eleganckiego, skórzanego krzesła tak sztywno, jakby pod nim rozsypano szpilki. Co chwilę poprawiał niemodny krawat i zerkał nerwowo w kartę win, gdzie ceny przyprawiały o zawrót głowy. Jako inżynier nie zarabiał wiele — jego pensja nie pokryłaby nawet połowy tego zamówienia. Jednak Gabriela od lat powtarzała mu, że Katarzyna jest ich „szansą na wyższy poziom”. Skoro prowadzi własny biznes, powinna — według niej — dzielić się powodzeniem.

Kolacja toczyła się według dobrze znanego schematu. Gabriela zajadała się przysmakami, między kolejnymi kęsami narzekając na drożyznę i pech, który nieustannie ją prześladuje.

— Wyobraź sobie, Kasiu, znowu coś padło w skrzyni biegów. Mechanik rzucił kwotę sto tysięcy złotych. Skąd ja mam to wziąć? Adam przynosi do domu marne pieniądze — rzuciła z lekceważeniem, wskazując na męża, który w tej chwili z udawaną uwagą przeżuwał kawałek kosztownej ryby i unikał wzroku Katarzyny.

— Rzeczywiście, Adamie, skąd te pieniądze? — Katarzyna nachyliła się lekko nad stołem, a w jej oczach pojawił się chłodny błysk kogoś, kto zawodowo analizuje liczby i nie wierzy w przypadki. — Z tego, co pamiętam, od dwóch lat systematycznie odkładaliście pieniądze.

Kontynuacja artykułu

Blaskot