Auto zatrzymało się tuż przed wejściem z miękkim, ledwie słyszalnym szelestem opon. Snop światła z reflektorów przeciął półmrok i padł wprost na twarz Tomasza Nowickiego, zmuszając go do zmrużenia oczu.
Drzwi od strony kierowcy otworzyły się bez pośpiechu. Wysiadł z nich wysoki mężczyzna w nienagannie skrojonym, ciemnym garniturze. Spokojnym krokiem obszedł maskę, po czym stanął przy tylnych drzwiach i z wyraźną atencją uchylił je szeroko.
— Dobry wieczór, Magdaleno Dudekówno — oznajmił wyraźnie.
Rozmowy na schodach urwały się jak nożem uciął. Monika Michalakówna zastygła z rozchylonymi ustami. Pozostali patrzyli to na samochód, to na mnie, jakby próbowali dopasować do siebie dwa niepasujące elementy układanki.
Z twarzy Tomasza zniknęła pewność siebie. Uśmiech, którym jeszcze chwilę temu obdarzał publiczność, rozpłynął się bez śladu. Wpatrywał się w pojazd z rosnącym niepokojem; w jego spojrzeniu pojawiło się coś nerwowego, niemal panicznego. Przełknął ślinę, zerknął na mnie i znów na auto.
— No proszę… zaszalałaś z luksusową taksówką? — rzucił chrapliwie, próbując odzyskać rezon, choć głos wyraźnie mu zadrżał. — Chcesz nas olśnić? Wiesz, ile taka przejażdżka kosztuje? Całą pensję wydasz, potem będziesz żyła o suchym chlebie.
Zatrzymałam się przy otwartych drzwiach. Odwróciłam się w jego stronę. Nie czułam gniewu ani potrzeby podnoszenia głosu. Ogarniał mnie chłodny spokój i poczucie, że wszystko znajduje się dokładnie na swoim miejscu.
— To nie jest żadna taksówka, Tomaszu — powiedziałam spokojnie. W ciszy każde słowo zabrzmiało wyjątkowo wyraźnie. — To mój samochód służbowy.
Zrobiłam krótką pauzę, obserwując, jak z jego twarzy odpływa krew.
— A co najciekawsze — dodałam, patrząc mu prosto w oczy — odebrałam go dziś rano właśnie tobie.
Pobladł gwałtownie. Usta rozchyliły mu się bezradnie, lecz zamiast odpowiedzi wydobył się jedynie zduszony świst. Brelok w jego dłoni zadrżał, gdy zacisnął na nim palce, jakby był ostatnią deską ratunku.
— Co ty opowiadasz za brednie? — wykrztusił w końcu, oglądając się na dawnych kolegów. — To moje auto! Kupiłem je!
— Sfinansowałeś je kredytem w naszym banku — odparłam twardo. — I od czterech miesięcy nie uregulowałeś ani jednej raty. Ignorowałeś telefony, nie odbierałeś korespondencji, unikałeś naszych pracowników. Myślałeś, że można korzystać i nie płacić?
— Jesteś tylko urzędniczką! — niemal zapiszczał, tracąc resztki opanowania. — Nie masz żadnej władzy!
— Kieruję działem odpowiedzialnym za odzyskiwanie korporacyjnych należności.
