Narastające długi i poczucie beznadziei przygniatały mnie wtedy każdego dnia. Nocami dławiłam się łzami, a o świcie wstawałam do pracy i harowałam ponad siły. Brałam nadgodziny, zapisywałam się na dodatkowe kursy, w końcu rozpoczęłam drugie studia, by zwiększyć swoje kwalifikacje.
Tomasz Nowicki nie miał pojęcia, że moja „skromna” sukienka jest warta więcej niż jego jaskrawa marynarka z wielkim logo. Nie wiedział też, że dawno przestałam być zwykłą pracownicą obsługi klienta w banku. A już na pewno nie domyślał się, czym naprawdę się zajmuję i jaką drogę przeszłam od czasu, gdy mnie zostawił.
— No to jak, Magdalena, dalej siedzisz w banku i odbierasz telefony? — rzucił z przekąsem, obracając kluczyk na palcu. — Nadal wciskasz starszym ludziom kredyty?
— Pracuję w bankowości, to prawda — odparłam spokojnie, nie wdając się w szczegóły.
— Stabilizacja to domena ludzi bez ambicji — oznajmił tonem samozwańczego filozofa, po czym z rozmachem przywołał kelnera. — Poproszę rachunek! Dzisiaj ja stawiam wszystkim!
Wśród okrzyków zachwytu i stukotu kieliszków dyskretnie wyjęłam telefon i wysłałam krótką wiadomość. Nie miałam już ochoty brać udziału w tym przedstawieniu. Przyszłam tu z sentymentu, żeby zobaczyć dawne koleżanki, a tymczasem wieczór zamienił się w popis jednego aktora.
— Kochani, wybaczcie, muszę się zbierać — powiedziałam, wstając i wygładzając materiał sukienki. — Jutro czeka mnie wczesny poranek.
— Ostatni autobus ci ucieknie? — zakpił Tomasz, podnosząc się razem ze mną. Publiczność była mu potrzebna do finału. — Chodźmy wszyscy na zewnątrz, zapalimy. Przy okazji odprowadzimy Magdę!
Rozbawiona, lekko podpita grupa ruszyła ku wyjściu. W szatni włożyłam jasny, kaszmirowy płaszcz. Tomasz, narzucając swoją kurtkę, nie przestawał mnie zaczepiać.
— Szczerze? Trochę mi cię szkoda — mówił z udawaną troską, gdy kierowaliśmy się ku drzwiom. — Całe najlepsze lata przy papierach. Bez męża, bez porządnych pieniędzy, bez auta z prawdziwego zdarzenia. Chcesz, zamówię ci taksówkę? Oczywiście ekonomiczną. Na mój koszt. Skoro już świętujemy!
Za jego plecami Monika Michalakówna zachichotała złośliwie.
Wyszliśmy na szerokie schody przed restauracją. Powietrze było rześkie, noc rozświetlały latarnie. Tomasz wciąż bawił się połyskującym brelokiem, zerkał w stronę parkingu, czekając na reakcję widowni.
Wtedy zza rogu powoli wyłonił się potężny samochód, lśniący czarnym lakierem. Sunął w naszym kierunku niemal bezgłośnie.
