— Naprawdę nikogo lepszego nie znalazłaś? Pracownik cmentarza, Zofio! Czy ty wiesz, jak to brzmi? Co ludzie powiedzą? Ja się ze wstydu spalę przed rodziną!
— Mamo, on nie jest żadnym „kopaczem grobów”, tylko pracuje na cmentarzu — odparła spokojnie Zofia Pawłowskówna. — A poza tym nie widzę w tym zawodzie niczego haniebnego. Nie robi nic niezgodnego z prawem ani nieuczciwego. Wręcz przeciwnie — wspiera ludzi w najtrudniejszych chwilach ich życia.
— Jesteś wykształcona, inteligentna, piękna! Dwa dyplomy, świetna kancelaria, kariera prawnicza przed tobą stoi otworem! I ty chcesz związać się z… z kimś takim?
— Ten „ktoś taki” ma imię — odpowiedziała lodowato. — Kamil Michalski. To mój narzeczony i mój wybór. Kocham go i zamierzamy wziąć ślub, niezależnie od tego, czy ci się to podoba. Skończ proszę z tymi dramatami. Nie jestem już dzieckiem i potrafię sama zdecydować, z kim chcę spędzić życie.
— Skoro tak stawiasz sprawę, to proszę bardzo! — rzuciła Barbara Wieczorekówna. — Rób, co chcesz. Tylko później nie przychodź z płaczem, że cię ostrzegałam. Jeszcze będziesz sobie w brodę pluła, ale wtedy będzie za późno! I zapamiętaj — takiego zięcia nigdy nie zaakceptuję!
— Przyjęłam do wiadomości — ucięła Zofia i zakończyła połączenie.
Długo nie mogła dojść do siebie. Bolały ją słowa matki, ale jeszcze bardziej dotknęła ją niesprawiedliwość wobec Kamila. Oceniać człowieka wyłącznie przez pryzmat profesji — czy to nie jest przejaw ciasnoty?
Mimo sprzeciwu Barbary młodzi stanęli na ślubnym kobiercu. Matka panny młodej pojawiła się na uroczystości, jednak przez całe przyjęcie siedziała z zaciśniętymi ustami, jakby każdy toast był dla niej przykrym obowiązkiem.
Minęły niemal trzy lata od dnia, gdy Zofia Pawłowskówna i Kamil Michalski powiedzieli sobie „tak”. W tym czasie Barbara i jej zięć spotkali się zaledwie kilka razy — wyłącznie przy okazji większych rodzinnych uroczystości.
Kamil doskonale wyczuwał niechęć teściowej i unikał sytuacji, które mogłyby ją dodatkowo drażnić. Do Barbary Zofia jeździła przeważnie sama. Mąż towarzyszył jej jedynie wtedy, gdy jego nieobecność wyglądałaby niestosownie.
Tego dnia Barbara zadzwoniła z nowiną.
— Monika Jabłońskiówna z mężem przyjeżdżają na kilka dni do naszego miasta. Dawno nie widzieli rodziny, wciąż byli zajęci życiem w Krakowie. Postanowiłam jutro zorganizować uroczystą kolację. Powinnaś przyjść — powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Z siostrą nie widziałyście się od twojego wesela.
— O której mamy być? Mogę wpaść wcześniej i pomóc w przygotowaniach — zaproponowała Zofia.
— Nie „mamy”, tylko ty — poprawiła ją chłodno matka. — Twojego męża nie zapraszałam.
— Słucham? Dlaczego?
Barbara prychnęła z wyraźnym oburzeniem, jakby pytanie było co najmniej niestosowne, i już nabierała powietrza, by wyłożyć córce swoje argumenty dotyczące pozycji męża Moniki.
