— Zamierzam wyjść za twojego byłego męża. A to oznacza, moja droga, że powinnaś zacząć pakować walizki i szykować się do wyprowadzki — oznajmiła bez cienia skrępowania kobieta stojąca w progu.
Barbara Rutkowskiówna zaledwie kilka minut wcześniej uśpiła córkę, Oliwię Sobczakównę. Sama również planowała położyć się wcześniej i nacieszyć się wreszcie ciszą w swoim przytulnym mieszkaniu.
Nagle rozbrzmiał dzwonek. Melodia była przyjemna, ale o tej porze zabrzmiała jak zapowiedź kłopotów.
— No proszę, a już myślałam, że wieczór będzie spokojny — mruknęła pod nosem z ironią i podeszła do drzwi.
Na klatce stała niska blondynka o krótko przyciętych włosach i dużych, brązowych oczach. Przyglądała się Barbarze tak, jakby próbowała ją do czegoś dopasować albo ocenić.

— Słucham? — zapytała chłodno gospodyni, unosząc lekko brwi.
— Och, wybaczy pani — ocknęła się nieznajoma. — Nazywam się Blanka Kwiatkowskiówna.
— Miło mi — odparła sucho Barbara, krzyżując ręce na piersi. — W jakiej sprawie?
— Tak, tak… Blanka — powtórzyła, jakby to miało coś wyjaśnić.
— To już ustaliłyśmy — ucięła Barbara z wyraźnym zniecierpliwieniem. — Przejdźmy do konkretów.
— Pani to Barbara Rutkowskiówna? — upewniła się tamta.
— Zgadza się. O co chodzi?
— Proszę mnie dobrze zrozumieć — zaczęła z wymuszonym entuzjazmem. — Jestem narzeczoną Witolda Krawczyka!
Brwi Barbary powędrowały wysoko w górę.
„A więc mój były mąż zdążył już znaleźć następną kandydatkę” — przemknęło jej przez myśl, gdy zmierzyła Blankę uważnym spojrzeniem. „Choć właściwie to już nie moja sprawa.”
— Chciałabym porozmawiać o pani mężu… to znaczy, o moim przyszłym mężu — poprawiła się Blanka z nerwowym uśmiechem.
— Nie sądzę, by moje wspomnienia mogły się pani do czegoś przydać. Rozwiedliśmy się — odpowiedziała Barbara beznamiętnie.
— Wiem. Witold mi powiedział. Nie przyszłam się kłócić!
Barbara niemal się roześmiała. „A niby o co miałabym walczyć? Nie jestem już jego żoną, a ty jesteś mi zupełnie obojętna.”
— Chciałabym usłyszeć, jaki on jest naprawdę — powiedziała Blanka, wyraźnie podekscytowana.
„Naprawdę? Kiedyś był mój…” — ukłuło ją w sercu.
— Skoro tak bardzo pani zależy, proszę wejść — westchnęła w końcu Barbara.
Wpuściła ją do środka. Ciekawiło ją zresztą, co też Witold opowiada swojej nowej wybrance. Ostatnio kontakt ograniczał się do regularnych przelewów alimentów i krótkich wiadomości.
Barbara nastawiła czajnik i zaparzyła herbatę z płatkami róży w szklanym dzbanku. Na tacy ustawiła dwie filiżanki i talerzyk z ciastkami, po czym zaniosła wszystko do salonu.
Blanka w tym czasie krążyła po pokoju, oglądając obrazy, zaglądając na półki z książkami, muskając palcami ich grzbiety. Rozglądała się bez skrępowania.
— Jak tu pięknie! Przestrzeń, wysokie sufity… i te ogromne okna z widokiem na park. Zawsze marzyłam o czymś takim — westchnęła z zachwytem.
— Czego konkretnie chce się pani dowiedzieć? — zapytała Barbara, stawiając tacę na stoliku.
— Właściwie wszystkiego — odparła Blanka, po czym podeszła do jednych drzwi. — A tu co jest?
— Proszę ich nie otwierać — powiedziała ostro Barbara. — Tam śpi moja córka.
— Ach tak, Witold wspominał, że ma dziecko. Oliwia, prawda?
— Tak.
Blanka jednak bezceremonialnie skierowała się do kolejnych drzwi i nacisnęła klamkę.
— Co pani wyprawia?! — oburzyła się Barbara, ruszając za nią.
— Chcę zobaczyć wszystkie pomieszczenia — rzuciła lekko.
— Proszę natychmiast wyjść i zamknąć drzwi!
— Dlaczego? — prychnęła Blanka. — To przecież będzie mój dom.
— Słucham?!
— Wychodzę za Witolda. Obiecał mi to mieszkanie. Więc… — odwróciła się i spojrzała na Barbarę z góry. — Czas się spakować, kochana.
— Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? — wycedziła Barbara przez zęby.
— Nieważne, co myślisz. Chciałam tylko ocenić prezent od narzeczonego. Nie zamierzam mieszkać byle gdzie. To miejsce jest w sam raz…
— Dosyć! — przerwała jej Barbara ostrym tonem. — Natychmiast opuść mój dom!
— Nie będziesz mi rozkazywać! — odparła Blanka i znów sięgnęła do klamki.
Barbara chwyciła ją za rękę i odsunęła zdecydowanym ruchem. Blanka zachwiała się i ledwie utrzymała równowagę. Drzwi zostały zamknięte.
— Wynoś się — syknęła Barbara, czując, jak wzbiera w niej gniew.
— Jaka stanowcza! — zaśmiała się tamta. — Daję ci dwa tygodnie. Potem tu zamieszkam. Jasne?
Bezceremonialność tej kobiety odebrała Barbarze mowę.
— Wyjdź — powtórzyła cicho, lodowatym głosem.
— Już idę. Nie zdążyłam obejrzeć wszystkiego, ale adres zapamiętałam. Do zobaczenia!
Blanka w pośpiechu wciągnęła buty i wybiegła na klatkę schodową.
— Dwa tygodnie! — zawołała jeszcze, zbiegając po schodach.
Barbara zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie plecami. Nogi miała jak z waty.
„Co to miało znaczyć?” — myślała gorączkowo. „Witold nie mógłby… Obiecał przecież. A może to tylko jej fanaberia?”
Spojrzała na zegarek. Było późno, ale sen już dawno ją opuścił. Najpierw zajrzała do pokoju Oliwii. Dziewczynka spała spokojnie, obejmując pluszowego misia. Barbara poczuła przypływ determinacji — nikomu nie pozwoli zburzyć ich świata, zwłaszcza jakiejś zarozumiałej dziewczynie.
Za oknami świeciły światła w innych mieszkaniach, latarnie rzucały długie cienie na chodnik.
Barbara chodziła nerwowo po salonie, odgarniając niesforne kosmyki włosów. Słowa Blanki brzmiały jej w uszach jak echo.
To mieszkanie było ich azylem: miękka sofa z poduszkami, półki pełne książek, rodzinne zdjęcia na ścianach. Wszystko, co budowało poczucie bezpieczeństwa. A teraz nagle wydało się kruche.
Przypomniała sobie umowę z Witoldem Krawczykiem: dopóki Oliwia nie skończy szkoły, one tu zostają. Dzisiejsza wizyta była ciosem.
W końcu nie wytrzymała. Sięgnęła po telefon i wybrała numer byłego męża.
— Czego? — burknął w słuchawce bez powitania.
— Jak mam rozumieć wizytę twojej narzeczonej? — wybuchła, ściszając głos, by nie obudzić córki. — Przyszła tu i kazała mi się wynosić. To jakiś żart?
— Dobrze, rozumiem — odpowiedział spokojniej. — Najważniejsze, żebyś się nie denerwowała.
Barbara przeszła do kuchni, która zwykle dawała jej poczucie spokoju, lecz teraz wydawała się duszna.
— Mam się nie denerwować? — powtórzyła z niedowierzaniem, czując, jak wzbiera w niej kolejna fala emocji, gotowa usłyszeć, co jeszcze ma jej do powiedzenia.
