Agata zerknęła na zegarek – była za dziesięć jedenasta. Jeszcze jeden raport do zamknięcia, jeszcze jedna wiadomość do inwestorów i wreszcie będzie mogła na chwilę odetchnąć. Sięgnęła po kubek z dawno wystygłą kawą, gdy w progu jej gabinetu stanęła sekretarka, Katarzyna. Miała wyraźnie zakłopotaną minę.
— Agato, przepraszam, ale przyszedł do pani mąż. Mówiłam, że jest pani zajęta, jednak on…
Nie zdążyła dokończyć. Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wszedł Mateusz — zaczerwieniony, z oczami błyszczącymi ze złości. Agata podniosła się z fotela niemal odruchowo.
— Mateusz? Co się stało?
— Co się stało?! — jego głos odbił się echem po całym piętrze. — Naprawdę pytasz? Jak mogłaś zablokować kartę mojej siostrze? Chciałaś ją publicznie upokorzyć?

Poczuła, jak twarz momentalnie blednie. Przez przeszkloną ścianę widziała, jak pracownicy odwracają głowy w ich stronę. Piotr z działu finansów zastygł z telefonem przy uchu. Nowa stażystka patrzyła szeroko otwartymi oczami, zupełnie zapominając, że wypadałoby przynajmniej udawać obojętność.
— Mateusz, proszę, uspokój się — powiedziała cicho, próbując zachować resztki profesjonalnego spokoju. — Chodźmy do sali konferencyjnej i…
— Nigdzie nie idę! — przerwał, gestykulując nerwowo. — Wiesz, co teraz przeżywa Iwona? Wpadła w histerię! Stała w sklepie z pełnym wózkiem, a kasjerka przy wszystkich oznajmiła, że karta jest zablokowana. Ludzie w kolejce patrzyli, szeptali!
— Mateusz…
— Dzwoniła do mnie zapłakana! Mówiła, że nigdy nie czuła się tak poniżona! Masz pojęcie, co narobiłaś?!
Agata przymknęła oczy, wzięła głęboki wdech i wyraźnie, stanowczo powiedziała:
— Mateusz. Do sali konferencyjnej. Teraz.
W jej tonie musiało zabrzmieć coś, co go zatrzymało. Zamilkł. Obeszła biurko, ujęła go lekko pod ramię i skierowała w stronę wyjścia. Mijając zaskoczoną Katarzynę, rzuciła cicho:
— Proszę przynieść nam wodę.
W środku zamknęła drzwi i opuściła rolety. Mateusz krążył po pomieszczeniu jak tygrys w klatce.
— No więc? — rzucił ostro. — Masz zamiar się wytłumaczyć?
Usiadła na brzegu stołu i spojrzała na niego uważnie. Ku własnemu zdziwieniu nie czuła ani gniewu, ani żalu — tylko obezwładniające zmęczenie.
— Dałam Iwonie tę kartę trzy miesiące temu. Pamiętasz, na jakich zasadach?
— Jakich zasadach? — prychnął. — Chciałaś jej pomóc, tyle pamiętam.
— Powiedziałam wyraźnie, że to dodatkowa karta do mojego konta, wyłącznie na niezbędne wydatki. Zajęcia Kacpra, rachunki, zakupy spożywcze. Dokładnie tak to ujęłam — „niezbędne wydatki”. Kojarzysz?
Mateusz opadł na krzesło, splatając ramiona na piersi.
— I właśnie to robiła.
— W pierwszym miesiącu — owszem. — Agata sięgnęła po telefon i otworzyła aplikację bankową. — Spójrz na lipiec. Sekcja sportowa — trzy tysiące. Market — siedem. Opłaty — pięć. Kolejne zakupy — osiem. Apteka — tysiąc. Wszystko bez zarzutu.
— No widzisz! — poderwał się.
— Poczekaj. Sierpień. Nadal są rachunki i jedzenie. Ale tutaj… butik z odzieżą — dwadzieścia trzy tysiące. Restauracja „Terrazza” — dwanaście. Salon kosmetyczny — osiem. Następne kolacje, kolejne sklepy.
Przesunęła palcem dalej.
— Wrzesień podobnie. Październik jeszcze gorzej. W ciągu dwóch miesięcy wydała ponad dwieście tysięcy złotych, z czego na rzeczywiście konieczne potrzeby poszło może sześćdziesiąt.
Mateusz wpatrywał się w ekran w milczeniu.
— Wiesz, gdzie była dziś rano, kiedy karta „nagle” przestała działać? — Agata wskazała ostatnią transakcję. — W restauracji. Osiemnaście tysięcy złotych. Jedenasta przed południem, środek tygodnia. Powiedz mi, czy to był wyjątkowo wystawny poranek, czy może „zakupy” dla Kacpra?
— Może… może to było spotkanie biznesowe — mruknął niepewnie.
— Spotkanie biznesowe? — uniosła brwi. — Bezrobotnej kobiety, która od półtora roku rzekomo szuka pracy? A może jednak nie szuka?
Odłożyła telefon na stół między nimi.
— Najbardziej boli mnie nie suma. Stać mnie, by pomagać waszej rodzinie. Rani mnie kłamstwo. Każdego wieczoru słuchałam, jak opowiadasz, że Iwonie jest ciężko, że nie ma na zajęcia Kacpra, na remont mieszkania, na nową kurtkę dla syna.
Głos lekko jej zadrżał.
— A ona w tym czasie jadała w drogich restauracjach za moje pieniądze. I sądząc po rachunkach, nie sama.
— Sugerujesz, że… — zaczął, lecz urwał.
— Niczego nie sugeruję. Mówię tylko o faktach. Osiemnaście tysięcy za obiad to rachunek co najmniej dla trzech osób. W dzień roboczy, w godzinach pracy. To raczej nie była rozmowa kwalifikacyjna.
Mateusz przetarł twarz dłońmi. Agata przyjrzała mu się uważnie, jakby po raz pierwszy od dawna. Kiedy zdążył się tak zmienić? Srebrne pasma we włosach, bruzdy przy ustach, zmęczenie w spojrzeniu. Jeszcze rok temu, gdy leżeli obok siebie i snuli plany na przyszłość, wyglądał inaczej.
Rok temu wszystko wyglądało inaczej.
To zaczęło się zupełnie niespodziewanie. Agata była wtedy zwyczajnym menedżerem średniego szczebla w firmie doradczej. Zarabiała przyzwoicie, choć bez luksusów. Mateusz prowadził dwa niewielkie sklepy z elektroniką. Żyli spokojnie — bez nadmiaru, ale i bez trosk finansowych.
A potem w spółce pojawił się nowy inwestor i…
