— I właśnie z takim nastawieniem proszę przyjść jutro — podsumowała Elżbieta Wieczorekówna, po czym zakończyły rozmowę.
Nazajutrz sala rozpraw okazała się znacznie skromniejsza, niż Urszula Tomaszewskiówna sobie wyobrażała. Zamiast monumentalnego wnętrza zobaczyła pomieszczenie przypominające zwykłe biuro: rzędy drewnianych ławek, masywne biurko sędziowskie i godło Rzeczypospolitej zawieszone na ścianie. Nerwowo przesuwała palcami po pasku torebki, starając się nie spoglądać na Tomasza Wieczorka, który siedział naprzeciw z miną człowieka pewnego wygranej.
— Proszę zachować spokój — szepnęła jej do ucha mecenas Wieczorekówna. — Sytuacja jest pod kontrolą.
— A jeśli wymyśli coś nieprzewidzianego? Nie zna go pani tak jak ja…
— Takich jak on spotykam codziennie — odparła z lekkim uśmiechem prawniczka. — Proszę spojrzeć, przyszedł z Przemysławem Majewskim. Specjalista od zamożnych klientów. Tyle że nawet on nie podważy faktów.
Po chwili weszła sędzia — kobieta w średnim wieku, o zmęczonych oczach. Zajęła miejsce i przejrzała akta.
— Otwieram rozprawę w sprawie podziału majątku małżonków Wieczorków — oznajmiła rzeczowo. — Strona powodowa?
Adwokat Tomasza wstał.
— Tomasz Wieczorek wnosi o oddalenie roszczeń pozwanej. Całość majątku została nabyta z jego osobistych środków i figuruje wyłącznie na jego nazwisko.
Urszula zacisnęła dłonie tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Przed oczami stanęły jej lata wyrzeczeń: odkładanie każdej złotówki, dodatkowe zajęcia na uczelni, korepetycje, by „zbudować wspólną przyszłość”.
— Stanowisko pozwanej? — zwróciła się sędzia.
— Moja klientka nie zgadza się z twierdzeniami powoda — odpowiedziała spokojnie Elżbieta Wieczorekówna. — Majątek powstał w trakcie trwania małżeństwa. Urszula Tomaszewskiówna uczestniczyła w jego tworzeniu zarówno finansowo, jak i własną pracą. Dysponujemy dowodami.
Tomasz prychnął i nachylił się do swojego pełnomocnika, coś mu szepcząc. Ten skinął głową.
— Jakie to dowody? — zapytała sędzia.
Mecenas otworzyła teczkę.
— Pokwitowania podpisane przez powoda, potwierdzające odbiór pieniędzy od żony na budowę domu. Faktury opłacone kartą pozwanej za materiały budowlane. Wyciągi bankowe wskazujące znaczne wypłaty gotówki w czasie trwania inwestycji. A także zeznania świadków.
— To absurd! — poderwał się Tomasz. — Jakie pokwitowania? To było wieki temu, niczego nie pamiętam!
— Proszę zachować porządek — ucięła sędzia surowo. — Zabierze pan głos, gdy zostanie pan o to poproszony.
Dokumenty trafiły na biurko sędzi. Po chwili padło nazwisko pierwszego świadka.
— Michał Zając.
Michał wszedł niepewnie, wyraźnie spięty.
— Czy potwierdza pan, że pańska matka przeznaczała własne środki na budowę domu?
— Tak — odpowiedział po chwili. — Byłem dzieckiem, ale pamiętam, jak mama przywoziła pieniądze na budowę i mówiła, że to jej pensja na materiały.
— Kłamstwa! — wybuchnął Tomasz. — On tylko staje po jej stronie!
— Jeszcze jedno takie wystąpienie i nakażę wyprowadzić pana z sali — ostrzegła sędzia.
Następnie zeznawali kolejni świadkowie. Sąsiadka, Ewa Nowickiówna, opowiedziała o kredycie, który Urszula zaciągnęła na pierwszą wpłatę za działkę. Koleżanka z uczelni wspomniała, jak Urszula brała dodatkowe godziny i żartowała, że „pracuje na kafelki do łazienki”.
Z każdą kolejną wypowiedzią twarz Tomasza stawała się coraz bardziej napięta. Przemysław Majewski nerwowo przeglądał swoje notatki.
— Wysoki Sądzie, chciałabym przedłożyć jeszcze jeden dokument — oznajmiła Elżbieta Wieczorekówna, wyciągając pożółkły arkusz. — Pełnomocnictwo udzielone przez Urszulę Tomaszewskiównę mężowi do prowadzenia spraw firmy. Oraz potwierdzenie przelewu kapitału początkowego na rachunek przedsiębiorstwa z jej osobistego konta oszczędnościowego.
W pomieszczeniu zapadła cisza. Tomasz zbladł.
— Skąd pani to ma? — syknął.
— Z archiwum bankowego — odparła beznamiętnie prawniczka. — Dokumentacja jest przechowywana latami.
Po wysłuchaniu stron sąd udał się na naradę. Urszula siedziała bez ruchu, jakby bała się, że najmniejszy gest zburzy tę kruchą nadzieję.
— Myśli pani, że się uda? — wyszeptała.
Elżbieta uśmiechnęła się lekko.
— To już przesądzone. Sędzia nie ma pola manewru. Prawo stoi po naszej stronie.
