— Wspólna inwestycja? — Tomasz parsknął śmiechem, w którym nie było ani grama rozbawienia. — O czym ty w ogóle mówisz? Jesteś emerytowaną nauczycielką, jaki z ciebie biznesmen?
— Włożyłam w to swoje pieniądze. Mam potwierdzenia wpłat.
— Potwierdzenia? — w jego głosie zabrzmiało napięcie. — Daj spokój. To były prezenty.
— W takim razie wyjaśnimy to przed sądem — ucięła Urszula Tomaszewskiówna stanowczo i rozłączyła się, zanim zdążył odpowiedzieć.
Serce waliło jej jak młotem. Nigdy wcześniej nie odezwała się do niego w ten sposób. Zawsze ustępowała, łagodziła, wycofywała się o krok. Przez trzydzieści dwa lata to ona robiła miejsce. A teraz…
— Czy ja naprawdę to powiedziałam? — szepnęła do siebie i po raz pierwszy od wielu dni na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.
Kolejne tygodnie zlały się w jedną, nieostro zarysowaną całość. Segregowała dokumenty, godzinami siedziała w kancelarii, oswajała się z prawniczym żargonem. Na uczelni wzięła urlop — prowadzenie zajęć było ponad jej siły, myśli uciekały wciąż w to samo miejsce.
— Ula, ty marniejesz w oczach — zauważyła któregoś dnia Aneta Adamczykówna, zaglądając do jej gabinetu. — Schudłaś. Może chociaż kanapkę zjesz?
— Nie mam teraz głowy do jedzenia — machnęła ręką Urszula. — Muszę uporządkować papiery.
Aneta ściszyła głos.
— A on? Nie próbuje cię zastraszyć?
— Na razie ogranicza się do telefonów — skrzywiła się. — Dzwoni i powtarza, żebym „poszła po rozum do głowy”. Jakby to ze mną było coś nie tak.
Tego samego wieczoru odezwał się Michał Zając.
— Mamo, on mnie wykańcza — powiedział zmęczonym tonem. — Codziennie wydzwania, żebym na ciebie wpłynął.
— I co mu odpowiadasz?
— Że to wasza sprawa. Wpadł w szał.
Westchnęła cicho. Michał od zawsze trzymał się z boku ich małżeńskich sporów. Może to i lepiej.
— A ty jak się trzymasz? — zapytał po chwili.
Przełknęła ślinę.
— Daję radę. Wiesz, przeglądałam stare zdjęcia. Pamiętasz, jak budowaliśmy dom? Byłeś wtedy taki mały.
— Jasne! Nosiłem cegły! — roześmiał się. — A ojciec tylko wydawał polecenia.
— Właśnie. A pieniądze na materiały szły z mojej pensji.
— Jak to?
— Co miesiąc cała nauczycielska wypłata znikała na cement, dachówkę, okna. Mam rachunki.
— Niesamowite… On wszystkim opowiada, że sam wszystko postawił.
W tym momencie ekran telefonu rozświetlił się ponownie — Tomasz. Urszula odrzuciła połączenie.
— Znowu próbuje — mruknęła. — Teraz to już codzienność.
— Nie odbieraj.
— Nie odbieram. Ale potrafi przyjechać bez zapowiedzi.
Wczoraj stanął w progu jak dawniej — z tym spojrzeniem, które kiedyś uciszało ją natychmiast. Kiedyś działało. Teraz już nie.
— Oddaj mi te potwierdzenia — zażądał.
— Nie ma mowy.
— Ula, igrasz z ogniem.
— To ty bawisz się mną od trzydziestu dwóch lat, Tomaszu.
Trzasnął drzwiami tak mocno, że z framugi posypał się tynk.
A dziś zjawiła się ona. Młoda, perfekcyjnie uczesana, z bezczelną pewnością w oczach.
— Maja Sokołowskiówna — przedstawiła się bez zaproszenia. — Musimy porozmawiać.
— O czym? — Urszula skrzyżowała ramiona.
— O Tomaszu. On naprawdę cierpi. Skoro i tak się rozstaniecie, po co ta cała awantura?
— Jaka awantura?
— Te roszczenia. Dom, pieniądze…
— Moje pieniądze — sprostowała spokojnie.
Maja przewróciła oczami.
— Proszę pani, jakie „pani” pieniądze? Tomasz prowadził interesy, a pani…
— A ja co?
Dziewczyna zawahała się.
— No… zajmowała się domem.
— Od trzech dekad wykładam na uczelni.
— To bez znaczenia! — wypaliła Maja. — My się kochamy. A pani…
— Ile masz lat, Maju?
— Dwadzieścia siedem — odparła wyzywająco.
— W twoim wieku też wierzyłam, że świat jest prosty — powiedziała cicho Urszula. — Przekaż Tomaszowi, że zobaczymy się w sądzie.
Gdy drzwi się zamknęły, długo stała przed lustrem. Zmarszczki, srebrne nitki we włosach… Nie była rywalką dla tamtej dziewczyny. Ale przecież nie o to chodziło.
— Nie walczę o młodość — powiedziała do swojego odbicia. — Walczę o sprawiedliwość.
Pod wieczór zadzwoniła Elżbieta Wieczorekówna.
— Pani Urszulo, dokumenty są gotowe. Jutro składamy pozew.
— Tak szybko?
— Nie ma powodu zwlekać. Nasza pozycja jest mocna. A przy okazji — pani mąż próbował się ze mną kontaktować.
— I?
— Straszył — odparła z lekkim rozbawieniem. — Nieskutecznie. Czy jest pani gotowa na rozprawę?
Urszula przez moment milczała.
— Nie — przyznała szczerze. — Ale wiem, że nie mam innego wyjścia i muszę przez to przejść.
