— I właśnie z takim nastawieniem trzeba tam wejść — odparła spokojnie Barbara Pawłowskiówna. — Do zobaczenia jutro.
Sala rozpraw okazała się znacznie skromniejsza, niż Ewa się spodziewała. Bardziej przypominała zwyczajne biuro niż miejsce, w którym ważą się ludzkie losy: kilka drewnianych ławek, podwyższenie dla sędziego, godło Rzeczypospolitej na ścianie. Siedząc, nerwowo przesuwała palcami po pasku torebki i uparcie wpatrywała się w podłogę, byle tylko nie spotkać wzroku Dariusza Marciniaka, który naprzeciwko niej sprawiał wrażenie całkowicie pewnego siebie.
— Proszę zachować spokój — szepnęła jej do ucha Barbara. — Dokumenty mówią same za siebie.
— A jeśli coś wymyśli? Pani go nie zna… — Ewa ledwo poruszała ustami.
— Znam ten typ aż za dobrze. Codziennie mam takich kilku — odparła z lekkim uśmiechem prawniczka. — Proszę spojrzeć, przyszedł z Krzysztofem Królem. Specjalista od „ważnych” klientów. Tyle że nawet najlepszy adwokat nie zmieni faktów.
Do sali weszła sędzia — kobieta po czterdziestce, z widocznym zmęczeniem na twarzy, lecz czujnym spojrzeniem.
— Otwieram rozprawę w sprawie podziału majątku małżeńskiego Ewy Michalakówny i Dariusza Marciniaka — oznajmiła, przeglądając akta. — Strona powodowa?
Adwokat Dariusza podniósł się.
— Dariusz Marciniak wnosi o oddalenie roszczeń pozwanej. Cały majątek został nabyty z jego środków osobistych i figuruje wyłącznie na jego nazwisko.
Ewa zacisnęła dłonie tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Jak można tak bezczelnie przekreślać lata wspólnego wysiłku? Przypomniała sobie, jak odkładała każdą premię, jak brała dodatkowe godziny na uczelni, tłumacząc sobie, że to inwestycja w ich przyszłość.
— Stanowisko pozwanej? — zwróciła się sędzia.
Barbara wstała bez pośpiechu.
— Ewa Michalakówna nie zgadza się z twierdzeniami powoda. Sporne składniki majątku powstały w trakcie trwania małżeństwa, a moja klientka wnosiła zarówno wkład finansowy, jak i osobisty. Dysponujemy dowodami potwierdzającymi ten fakt.
Dariusz prychnął i nachylił się do swojego pełnomocnika. Ten skinął głową, jakby uspokajająco.
— Jakie dowody? — zapytała sędzia.
Barbara otworzyła teczkę.
— Pokwitowania podpisane przez powoda, potwierdzające odbiór gotówki od mojej klientki na budowę domu. Faktury za materiały opłacane kartą Ewy Michalakówny. Wyciągi bankowe wskazujące znaczące wypłaty w okresie prowadzenia inwestycji. Ponadto wnioskujemy o przesłuchanie świadków.
— To absurd! — Dariusz zerwał się z miejsca. — Jakie pokwitowania? To było lata temu, niczego takiego nie pamiętam!
— Proszę zachować spokój — ucięła sędzia ostrym tonem. — Głos zabiera pan wyłącznie na moje polecenie.
Dokumenty trafiły na biurko sędzi, która zaczęła je uważnie analizować. Po chwili wezwała pierwszego świadka.
— Filip Brzeziński.
Syn wszedł niepewnie, wyraźnie spięty.
— Czy potwierdza pan, że pańska matka przekazywała środki na budowę domu?
— Tak — odpowiedział po krótkim wahaniu. — Byłem dzieckiem, ale pamiętam, że mama regularnie jeździła na budowę z pieniędzmi. Mówiła, że to jej wypłata i że idzie na materiały.
— To manipulacja! — wtrącił Dariusz. — On tylko staje po jej stronie!
— Jeszcze jedno takie zachowanie i nakażę usunięcie pana z sali — ostrzegła sędzia.
Kolejni świadkowie potwierdzali wersję Ewy. Agata Laskowskiówna, sąsiadka, opowiedziała o kredycie, który Ewa zaciągnęła na pierwszą wpłatę za działkę. Koleżanka z uczelni wspominała, jak Ewa brała dodatkowe korepetycje, żartując, że „te nadgodziny pójdą na kafelki do łazienki”.
Z każdą wypowiedzią twarz Dariusza stawała się coraz bardziej napięta. Krzysztof Król nerwowo przeglądał swoje notatki, jakby szukał w nich ratunku.
— Wysoki Sądzie, chciałabym przedstawić jeszcze jeden dokument — powiedziała Barbara i wyjęła pożółkłą kartkę. — Pełnomocnictwo udzielone przez Ewę Michalakównę mężowi do reprezentowania jej w sprawach firmowych. Oraz potwierdzenie przelewu kapitału początkowego na działalność gospodarczą — środki pochodziły z jej rachunku oszczędnościowego.
W sali zapadła cisza tak głęboka, że słychać było szelest przewracanej kartki. Dariusz zbladł.
— Skąd to macie? — syknął.
— Z archiwum banku. Dane finansowe są przechowywane znacznie dłużej, niż się panu wydaje — odpowiedziała spokojnie prawniczka.
Sędzia zarządziła przerwę na naradę. Drzwi zamknęły się za nią cicho.
Ewa siedziała nieruchomo, jakby bała się wykonać najmniejszy ruch, by nie spłoszyć sprzyjającego jej losu.
— Myśli pani, że mamy szansę? — zapytała szeptem.
Barbara uśmiechnęła się lekko.
— Szansa to za mało powiedziane. Sędzia widzi, co jest w aktach. A przepisy w tej sytuacji nie pozostawiają wątpliwości — stoją zdecydowanie po naszej stronie.
