— Wspólny biznes? — prychnął Dariusz Marciniak z jawną kpiną. — O czym ty w ogóle mówisz? Jesteś emerytowaną nauczycielką. Jaki z ciebie przedsiębiorca?
— Włożyłam w to swoje pieniądze. Mam potwierdzenia przelewów i pokwitowania.
— Pokwitowania? — w jego głosie zabrzmiała nerwowa nuta. — Przestań, Ewa. To były prezenty, nie żadne inwestycje.
— W takim razie rozstrzygnijmy to przed sądem — odparła nagle twardo i bez wahania zakończyła rozmowę.
Serce waliło jej jak oszalałe. Nigdy wcześniej nie odważyła się mówić do niego w ten sposób. Przez trzydzieści dwa lata ustępowała, wycofywała się, łagodziła konflikty. Zawsze pierwsza przepraszała. A teraz…
— Czy ja naprawdę to zrobiłam? — wyszeptała i po raz pierwszy od wielu dni na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.
Kolejne tygodnie zlały się w jedną, nerwową mgłę. Ewa Michalakówna kompletowała dokumenty, porządkowała segregatory, godzinami przesiadywała u Barbary Pawłowskiówny, próbując zrozumieć zawiłości prawniczego języka. Na uczelni wzięła urlop — nie potrafiła skupić się na studentach ani na wykładach.
— Ewa, marnie wyglądasz, schudłaś — zauważyła w pokoju nauczycielskim Karolina Stępieńówna. — Może wreszcie coś zjesz?
— Nie mam teraz głowy do jedzenia — machnęła ręką. — Muszę uporządkować papiery.
— A on? Nie próbuje cię zastraszyć?
— Na razie tylko wydzwania — skrzywiła się. — Codziennie powtarza, żebym „poszła po rozum do głowy”. Jakby to ze mną było coś nie tak.
Tego samego wieczoru zadzwonił jej syn.
— Mamo, on mnie wykańcza — głos Filipa Brzezińskiego brzmiał na znużony. — Telefonuje codziennie i każe mi wpłynąć na ciebie.
— I co mu mówisz?
— Że to wasza sprawa. Wściekł się.
Ewa westchnęła. Filip od zawsze trzymał się z boku ich małżeńskich sporów. Może to i lepiej.
— A ty jak się trzymasz? — zapytał po chwili ciszy.
— Daję radę — przełknęła ślinę. — Wiesz, znalazłam stare zdjęcia z budowy domu. Byłeś wtedy taki mały.
— Jasne! Nosiłem cegły, pamiętam! — roześmiał się. — A ojciec tylko wydawał polecenia.
— Właśnie. A materiały kupowaliśmy z mojej pensji. Wszystko mam udokumentowane.
— Serio? A on wszystkim opowiada, że sam wszystko sfinansował…
Telefon znów zawibrował — na ekranie pojawiło się nazwisko Dariusza. Odrzuciła połączenie.
— Znowu dzwoni. Teraz to już codzienność.
— Nie odbieraj.
— Nie odbieram. Ale potrafi też przyjechać.
Wczoraj stanął w drzwiach bez zapowiedzi. Patrzył na nią tym samym wzrokiem, którym przez lata uciszał każdy sprzeciw. Dawniej wystarczało jedno spojrzenie. Teraz nie zrobiło na niej wrażenia.
— Oddaj te pokwitowania — zażądał.
— Nie ma mowy.
— Ewa, igrasz z ogniem.
— To ty igrałeś ze mną, Darek. Przez trzydzieści dwa lata.
Trzasnął drzwiami tak mocno, że ze ściany posypał się tynk.
A dziś zjawiła się ona. Młoda, perfekcyjnie uczesana, z bezczelną pewnością siebie w oczach.
— Kamila Piotrowskiówna — przedstawiła się bez zaproszenia. — Musimy porozmawiać.
— O czym?
— O Darku. On cierpi. I tak się rozwiedziecie, więc po co ten teatr?
— Teatr?
— Te wszystkie roszczenia. Dom, pieniądze…
— Moje pieniądze — sprostowała chłodno Ewa.
— Jakie znowu twoje? — prychnęła Kamila. — Darek prowadził interesy, a pani…
— A ja co?
Zawahała się na moment.
— No… zajmowała się domem.
— Od trzydziestu lat pracuję na uczelni.
— To bez znaczenia! — rzuciła z irytacją. — Kochamy się. A pani…
— Ile masz lat, Kamilo?
— Dwadzieścia siedem — odpowiedziała wyzywająco.
— W twoim wieku też wierzyłam, że świat jest prosty — westchnęła Ewa. — Powiedz Darkowi, że zobaczymy się w sądzie.
Kiedy drzwi się za nią zamknęły, Ewa długo stała przed lustrem. Zmarszczki, siwiejące pasma włosów… Nie była dla tamtej dziewczyny rywalką. Ale przecież nie o rywalizację tu chodziło.
— Nie walczę o młodość — powiedziała cicho do swojego odbicia. — Walczę o sprawiedliwość.
Pod wieczór zadzwoniła Barbara Pawłowskiówna.
— Pani Ewo, dokumenty są gotowe. Jutro składamy pozew.
— Tak szybko?
— Nie ma sensu zwlekać. Nasza pozycja jest mocna. A przy okazji — pani mąż próbował się ze mną kontaktować.
— I czego chciał?
— Straszył — odparła z lekkim rozbawieniem prawniczka. — Tyle że to na mnie nie działa. Czy jest pani przygotowana na rozprawę?
— Nie — odpowiedziała szczerze Ewa. — Ale nie mam już wyboru.
