— …kiedy z Katarzyną dopiero co wzięliśmy ślub. Milczałem, bo było mi ciebie żal. Żal tej twojej napompowanej dumy, tego nieustannego ołtarzyka wystawionego „idealnej rodzinie”. A ty… ty najpierw zniszczyłaś moją żonę, a teraz zabrałaś się za mojego syna.
W tej samej chwili trzyletni Jakub Zając, który dotąd siedział na krześle i kołysał się jednostajnie w przód i w tył, nagle wydał z siebie ostry, przeszywający krzyk. Szarpnął ręką tak gwałtownie, że zsunął ze stołu talerz. Porcelana runęła na podłogę i rozsypała się z hukiem na drobne kawałki. Chłopiec zacisnął powieki, jakby chciał odciąć się od całego świata, i zaczął wyrzucać z siebie jedno słowo, raz za razem, coraz szybciej:
— Apple, apple, apple!
Gabriela Góreckiówna, blada ze strachu, rzuciła się ku niemu i próbowała objąć go ramionami, lecz dziecko odepchnęło ją z siłą, której nikt nie spodziewałby się po trzylatku. Przycisnął dłonie do uszu i krzyczał dalej.
— A teraz spójrzmy na trzecią stronę, Gabrielo — powiedziała Katarzyna Nowakowskiówna, odwracając kolejną kartkę. Nawet nie obejrzała się w stronę wrzasku siostrzeńca. — Przed matką tak chętnie popisujesz się jego „geniuszem”, prawda? To może powiesz Elżbiecie Michalskiównie, dlaczego naprawdę chodzicie z nim do psychiatry dziecięcego? Powiedz jej, że u Jakuba Zająca rozpoznano zaburzenia ze spektrum autyzmu. Że on wcale nie rozumie angielskich słówek, które każesz mu wkuwać tylko po to, by mama była z ciebie dumna. On jedynie odtwarza dźwięki. Mechanicznie. Bo tak próbuje uciec przed twoim krzykiem.
Gabriela zasłoniła twarz obiema dłońmi. Nie wydała z siebie żadnego dźwięku, ale po jej ramionach było widać, że płacze rozpaczliwie. Jej mąż, dotąd nieruchomy jak posąg, podniósł się bez słowa. Wziął łkającego Jakuba na ręce, z przedpokoju zgarnął jego kurtkę i wyszedł z mieszkania, nie tłumacząc nic nikomu. Drzwi trzasnęły tak mocno, że zadźwięczały szyby.
Elżbieta Michalskiówna patrzyła oszołomiona na rozrzucone po stole opinie lekarskie, na zapłakaną córkę i na skorupy talerza leżące na podłodze. Cały porządek, który budowała przez dziesięciolecia — ta piramida udawanego prestiżu, wyższości i rodzinnej nieskazitelności — rozsypał się w kwadrans. I to nie przez cudzą złośliwość, lecz przez jej własne okrucieństwo.
Katarzyna podeszła do syna. Michał Wieczorek siedział na dywanie, z dala od stołu, jakby instynktownie wybrał najbezpieczniejsze miejsce w pokoju. Podniósł na matkę wielkie, poważne oczy, podał jej plastikowy element od zabawkowego samochodu i nagle odezwał się cicho, lecz zupełnie wyraźnie:
— Mamo, chodźmy do domu. Tutaj jest głośno.
Katarzyna uśmiechnęła się przez napięcie, wzięła chłopca na ręce i odwróciła się do męża. Radosław Mazur stał już przy drzwiach z ich płaszczami i kurtką syna. Ani razu nie spojrzał na matkę, choć ta demonstracyjnie chwytała się za serce i domagała się kropli uspokajających.
Wyszli z tego mieszkania. Tym razem naprawdę — na zawsze.
