Nie było już czego rozważać od nowa. Żadna kolejna rozmowa nie mogła niczego naprawić. Tomasz nie miał się zmienić. Barbara Pawłowna nie zamierzała sama się zatrzymać.
Następnego ranka Magdalena zadzwoniła po ślusarza.
Fachowiec przyjechał przed południem. Uwijał się niespełna trzy kwadranse. Kiedy wyszedł, w drzwiach tkwiły już dwa nowe zamki — solidne, porządne, wyraźnie nietanie. Magdalena przez chwilę ważyła w dłoni świeże klucze. Dwa komplety. Oba należały tylko do niej. Potem wsunęła je do torebki.
Tego dnia Tomasz został dłużej w pracy. Barbara Pawłowna zjawiła się o wpół do siódmej — Magdalena zobaczyła ją przez wizjer. Teściowa nie przyszła sama. Obok niej stał Marcin, z miną człowieka wezwanego jako posiłki.
Najpierw rozległ się metaliczny dźwięk klucza wsuwanego do zamka. Potem cisza. Kolejna próba. I dopiero po niej głos Barbary Pawłowny — z początku zdezorientowany, po chwili coraz ostrzejszy:
— Co to ma znaczyć… Marcin, zobacz. Klucz nie wchodzi.
Magdalena stała w przedpokoju po drugiej stronie drzwi i nawet nie drgnęła.
— Magdalena! — Barbara Pawłowna zaczęła walić pięścią w drzwi. — Otwieraj natychmiast! Co tu się dzieje?
Magdalena przekręciła zamek i uchyliła drzwi.
Teściowa stała na progu z czerwonymi plamami na policzkach. W zaciśniętej dłoni trzymała pęk kluczy.
— Wymieniłaś zamki?! Bez słowa uprzedzenia?! Jak śmiałaś?!
— Śmiałam — odpowiedziała Magdalena.
Powiedziała to cicho, równo, bez żadnego uniesienia. W tym jednym słowie nie było ani złości, ani satysfakcji. Był tylko spokój człowieka, który podjął decyzję i nie zamierzał już się z niej wycofywać.
— Ty w ogóle rozumiesz, co robisz?! — Barbara Pawłowna zrobiła krok do przodu, lecz Magdalena nie cofnęła się ani o centymetr. — To mieszkanie mojego syna! Nie masz prawa!
— To także moje mieszkanie. I od dziś nikt nie wejdzie tu bez mojej zgody.
Marcin, stojący za plecami teściowej, skrzyżował ręce na piersi.
— Otwieraj — rzucił tonem, który miał zamykać dyskusję. — Albo dzwonię na policję.
— Proszę bardzo — odparła Magdalena. — I niech pan im wyjaśni, że przyszedł pan do cudzego mieszkania z kluczami, których nikt nie miał prawa panu dawać.
To go zatrzymało. Marcin spojrzał na Barbarę Pawłownę, ona na niego. Po sekundzie teściowa znów zaczęła mówić — głośno, wyraźnie pod sąsiadów, którzy zapewne już nasłuchiwali za drzwiami. O zawłaszczaniu mieszkania. O synowej, która wypycha rodzinę. O tym, że Tomasz nawet nie wie, co wyprawia jego żona.
Tomasz dotarł po dwudziestu minutach. Najwyraźniej przybiegł prosto po telefonie od matki, bo był zdyszany i cały czerwony na twarzy.
— Magdalena, co tu się dzieje? — przenosił wzrok z matki na żonę i z powrotem. — Dlaczego wymieniłaś zamki?
— Bo nie miałam już innego sposobu, żeby zamknąć drzwi własnego domu.
— Ona oszalała! — wtrąciła Barbara Pawłowna. — Tomasz, powiedz jej coś! Niech odda klucze!
Tomasz wszedł do mieszkania i zatrzymał się na środku przedpokoju. Magdalena patrzyła na niego uważnie. I widziała dokładnie to samo, co obserwowała przez ostatnie trzy lata: człowieka miotającego się między dwoma brzegami, niezdolnego dopłynąć do żadnego.
— Mama ma rację — powiedział w końcu. W jego głosie pobrzmiewało coś niemal winnego, tylko Magdalena nie potrafiła już rozpoznać, czy wobec matki, czy wobec niej. — Powinnaś była przynajmniej uprzedzić. Oddaj klucze, usiądziemy i normalnie to omówimy.
— Nie ma już czego omawiać, Tomasz.
— Magdalena.
— Przez trzy lata omawiałam. Przez trzy lata tłumaczyłam. I nic się nie zmieniło.
Tomasz zacisnął szczęki. Z korytarza dobiegał głos Barbary Pawłowny, ale Magdalena przestała rozróżniać słowa.
— W takim razie stawiam sprawę jasno — odezwał się Tomasz, tym razem twardziej. — Albo oddajesz klucze, albo… sam nie wiem, co dalej będzie z naszą rodziną. Rozumiesz, co mówię?
Magdalena spojrzała na niego bardzo uważnie. Kiedyś, dawno temu, podobne zdanie pewnie kazałoby jej się cofnąć. Teraz jednak zobaczyła tylko człowieka, który właśnie ostatecznie pokazał, po której stronie stoi. I uświadomiła sobie coś jeszcze.
