Katarzyna Zającówna kupiła to mieszkanie właściwie własnymi siłami. Nie prowadziła żadnych drobiazgowych rachunków ani nie wypominała tego Piotrowi Witkowskiemu — tak po prostu ułożyły się okoliczności. W tamtym czasie Piotr dopiero co zmienił posadę, zarabiał niewiele, więc ciężar zebrania pieniędzy na wkład własny spadł głównie na nią. Katarzyna wyjęła ze swoich oszczędności około 31 400 zł — wszystko, co odkładała przez cztery lata, pracując jako starsza księgowa w firmie budowlanej. Piotr dorzucił mniej więcej 3 400 zł. Kredyt hipoteczny podpisali wspólnie, lecz comiesięczną ratę, wynoszącą około 900 zł, w praktyce dźwigała ona. Jej pensja była regularna, przewidywalna, a u męża zdarzały się miesiące, kiedy pieniędzy starczało ledwie na podstawowe zakupy spożywcze. Formalnie lokal należał do nich obojga, jednak Katarzyna w głębi duszy zawsze czuła, że to przede wszystkim jej mieszkanie. Nie z chciwości. To był po prostu fakt.
Halina Czerwińskiówna weszła w ich codzienność niemal natychmiast po ślubie. A właściwie nigdy z niej nie zniknęła — wcześniej jej obecność dotyczyła tylko Piotra, teraz zaczęła obejmować także Katarzynę. Klucze do mieszkania teściowa dostała od samego początku. Piotr wręczył jej komplet jeszcze przed przeprowadzką, tłumacząc, że to „na wszelki wypadek”. Bo przecież różne rzeczy mogą się zdarzyć. A jeśli pęknie rura, kiedy będą w pracy?
— Mama mieszka blisko — powtarzał. — Dziesięć minut piechotą. To wygodne.
Katarzyna wtedy nic nie odpowiedziała. W pierwszych miesiącach małżeństwa często wybierała milczenie. Obserwowała, oswajała się z nową sytuacją, próbowała nie wszczynać sporów tam, gdzie być może nie było jeszcze prawdziwego powodu. Może Halina po prostu taka była — nadmiernie przejęta, opiekuńcza, niezdolna do odsunięcia się od dorosłego syna. Zdarza się. Katarzyna postanowiła zacisnąć zęby i poczekać.
Tyle że wizyty Haliny Czerwińskiówny nie miały żadnego stałego porządku. Potrafiła zjawić się o wpół do ósmej rano, gdy Katarzyna nie zdążyła jeszcze nawet umyć twarzy. Innym razem wpadała w środku dnia, kiedy synowa pracowała zdalnie. Bywało też, że przychodziła pod wieczór — bez telefonu, bez uprzedzenia, bez pytania. Po prostu w zamku rozlegał się znajomy zgrzyt klucza, drzwi się otwierały, a z przedpokoju dobiegał głos teściowej:

— To ja, nie bójcie się.
Katarzyna za każdym razem właśnie się bała.
Halina nigdy nie przychodziła ot tak, żeby posiedzieć, wypić herbatę czy porozmawiać. Każda jej obecność w mieszkaniu przypominała kontrolę. Obchodziła pokoje z metodyczną dokładnością, zaglądała do kuchennych szafek, sprawdzała lodówkę, przestawiała garnki według własnego wyobrażenia o porządku. Pewnego dnia wyrzuciła pół kilograma kaszy gryczanej, bo uznała, że jest stara. Katarzyna kupiła ją trzy dni wcześniej. Innym razem przeniosła wszystkie ręczniki z łazienki do innej szafki, ponieważ jej zdaniem właśnie tam powinny leżeć.
Po każdej takiej wizycie Halina dzwoniła do Piotra. Katarzyna nie słyszała całych rozmów, ale wystarczało spojrzeć na twarz męża, kiedy wracał do domu, by domyślić się ich treści.
— Mama mówi, że po gotowaniu nie wytarłaś kuchenki.
— Mama twierdzi, że w łazience znowu zostawiłaś porozrzucane rzeczy.
— Mama uważa, że kompletnie nie umiesz zorganizować przestrzeni.
Katarzyna patrzyła wtedy na niego i zastanawiała się, czy on naprawdę słyszy własne słowa. Czy rozumie, co właśnie mówi do swojej żony?
— Piotrze — odezwała się któregoś dnia spokojnie — nie chcę, żeby twoja matka wchodziła do nas bez zapowiedzi. To dla mnie krępujące i nieprzyjemne. Chcę we własnym domu czuć się bezpiecznie.
Piotr westchnął tak, jakby musiał tłumaczyć dziecku coś zupełnie oczywistego.
— Kasiu, przecież to mama. Ona nie robi tego złośliwie. Chce tylko pomóc. Wytrzymaj jeszcze trochę, na pewno jej przejdzie.
Ale Halinie nie przeszło.
Minął rok, potem drugi. Wizyty wcale nie stały się rzadsze. Uwagi nie ucichły. Katarzyna nauczyła się reagować na zewnątrz spokojnie — nie odpowiadać ostro, nie podnosić głosu, nie dawać się sprowokować. W środku jednak coś powoli pękało i przesuwało się w niej nieodwracalnie. Każdego ranka, gdy tylko otwierała oczy, na ułamek sekundy wstrzymywała oddech, zadając sobie jedno pytanie: przyjdzie dzisiaj czy nie? Najmocniej ten lęk wracał zawsze wtedy, gdy zbliżała się pora powrotu do domu.
