Porucznik przez dłuższą chwilę przerzucał kartki, marszcząc czoło, jakby wciąż nie widział w tej sprawie niczego pilnego. Dopiero gdy wyjęłam z torby najważniejszy dowód, jego mina zaczęła się zmieniać.
Dzień wcześniej zadzwoniłam do Gabrieli Tomaszewskiówny, koleżanki ze studiów, która pracowała w departamencie zajmującym się polityką mieszkaniową. Spotkałyśmy się przy dworcu, w głośnej kawiarni pachnącej przypaloną kawą i cukrem. Nad filiżanką gorzkiego americano Gabriela pokazała mi w systemie kilka zapisów. To, co zobaczyłam na ekranie, sprawiło, że po raz pierwszy od tygodnia naprawdę się uśmiechnęłam.
Michał Stępień, oficjalnie wpisany jako osoba bez zatrudnienia, złożył wniosek o lokalne dofinansowanie w ramach programu „Młoda Rodzina”. Chodziło o dopłatę do wynajmu mieszkania. Warunek był prosty: trzeba było przedstawić umowę użyczenia lub najmu lokalu, w którym na jedną osobę przypadało co najmniej osiemnaście metrów kwadratowych powierzchni. I ten samozwańczy strateg dołączył do dokumentów właśnie moją sfałszowaną umowę.
To nie wyglądało już jak prywatna awantura między krewnymi. To pachniało wyłudzeniem świadczeń. Próbą sięgnięcia po publiczne pieniądze. A kradzież z budżetu państwa to coś, czego urzędy i prokuratura nie lubią odpuszczać.
Gabriela potwierdziła, że decyzja o przyznaniu Michałowi dopłaty została już podpisana. Pierwsza transza, w wysokości około pięciu tysięcy stu sześćdziesięciu złotych, miała trafić na jego konto w najbliższy piątek.
— No dobrze, kochana rodzinko — wyszeptałam, wychodząc z budynku departamentu prosto w mokry, przenikliwy wiatr. — Teraz zagramy według moich zasad.
W piątkowy wieczór przekręciłam klucz w zamku własnego mieszkania. Tym razem zasuwka nie była zamknięta. Czekali na dostawę jedzenia i najwyraźniej nie spodziewali się nikogo innego.
Za mną weszły trzy osoby: ponury starszy dzielnicowy, kapitan Andrzej Michalski, inspektorka z wydziału ewidencji ludności w granatowym mundurze oraz przedstawicielka departamentu mieszkaniowego, ściskająca pod pachą ciężką, skórzaną teczkę.
Z kuchni dobiegał perlisty śmiech Marceliny Krawczykówny i szczęk talerzy. Świętowali. Na stole leżało kartonowe pudełko po pizzy, obok stała butelka półsłodkiego wina. Michał Stępień rozparł się w moim fotelu, z nogami nonszalancko zarzuconymi na krzesło, jakby od zawsze był tu gospodarzem.
— O, Katarzynka wróciła! — Marcelina teatralnie uniosła dłonie, ale natychmiast zesztywniała, gdy dostrzegła mundury. Ciągnący się od kawałka pizzy ser zastygł między jej palcami brudną nitką.
— Obywatel Michał Stępień? — Kapitan Andrzej Michalski zrobił krok do przodu, niemal całkowicie wypełniając wejście do kuchni. — Starszy dzielnicowy Michalski. Proszę okazać dokumenty.
— Ale o co chodzi? — Michał spróbował wstać, lecz kolana wyraźnie odmówiły mu posłuszeństwa. — Jesteśmy tu zameldowani, wszystko jest zgodnie z prawem…
— Byliście zameldowani — przerwała mu chłodno kobieta z wydziału ewidencji ludności, sięgając do swojej teczki.
