— Mario Michalakówna, otwieraj. Nie przyszłam na herbatkę, tylko w konkretnej sprawie.
Nie zdążyłam jeszcze przekręcić klucza w zamku, a już wiedziałam, że ten dzień nie będzie należał do spokojnych.
Na klatce schodowej unosił się zapach kurzu, mandarynek i czyjejś zupy, w której wyraźnie czuć było liść laurowy. Bożena Walczakówna stała pod drzwiami z taką pewnością siebie, jakby to nie ja mieszkała w tym mieszkaniu od dwudziestu dwóch lat, lecz ona wyszła tylko na chwilę, a teraz wróciła, żeby odebrać lokal z powrotem.
W jednej dłoni trzymała siatkę, w drugiej rękawiczki. Usta miała zaciśnięte, spojrzenie rzeczowe, niemal urzędowe.
Nie wyglądała nawet na rozzłoszczoną. To był raczej ten typ wzroku, pod którym ludziom same otwierają się szafy, kredensy, a przy braku czujności również portfele.

— Doszły mnie słuchy, że spadły wam jakieś pieniądze. Więc bez kręcenia i bez chodzenia dookoła: całą kwotę oddajcie mi na remont.
Bez słowa uchyliłam drzwi szerzej.
— Dzień dobry, Bożeno Walczakówna.
Weszła tak, jak wchodzi ktoś, kto nie przychodzi z prośbą, tylko dokonuje przeglądu własnego terenu.
— Dobry będzie wtedy, jeśli nie zaczniecie udawać, że nie wiecie, o co chodzi.
Z pokoju wyjrzał Łukasz Małecki. Był w podkoszulku i miał minę człowieka, który wszystko już usłyszał, ale jeszcze łudzi się, że rozmowa dotyczy sąsiadów za ścianą.
— Mamo, tak od samego rana?
— A kiedy mam przychodzić? Wieczorem to u was i pieniądze znikają, i sumienie razem z nimi. Zresztą ja dla siebie nie proszę. Ściany mi się sypią.
— Pani ściany? — zapytałam.
— A czyje? Papieża?
Za to właśnie ceniłam Bożenę Walczakównę. Kiedy potrzebowała cudzego złotego, potrafiła przedstawić sprawę tak, jakby nie ratowała własnego mieszkania, lecz dobro narodowej kultury.
Czajnik w kuchni nie zdążył jeszcze nawet porządnie zaszumieć, a ona już siedziała przy stole. Zdjęła chustkę i położyła ją starannie obok cukiernicy. Miała taki zwyczaj: najpierw rozsiąść się solidnie, żeby i rozmowa nabrała odpowiedniej powagi.
Na parapecie stał słoik pełen guzików. Za oknem szeleścił rzadki, marcowy śnieg, a z kuchenki wciąż dochodził zapach wczorajszych smażonych ziemniaków.
Zwyczajny dzień. Tyle że z wyraźnym posmakiem pieniędzy.
Postawiłam czajnik na gazie.
— Skąd pani w ogóle o tym usłyszała?
— Na litość boską, Mario Michalakówna, przecież nie mieszkacie na Księżycu. Łukaszowi Małeckiemu przyszły pieniądze na kartę, więc się dowiedziałam.
Łukasz Małecki zakaszlał niezręcznie.
— Nie przyszły, tylko zostały przelane.
— Nie zawracaj mi głowy słówkami. Pieniądze to pieniądze. A mnie remont potrzebny jest teraz. Pilnie.
Czajnik zaczął głośniej mruczeć.
Odwróciłam się do męża.
— Łukaszu Małecki, powiedziałeś mamie?
Spojrzał w okno, jakby właśnie tam wyświetlano odpowiedź, której rozpaczliwie potrzebował.
— No… wspomniałem, że dostałem premię.
— Premię? — Bożena Walczakówna natychmiast się ożywiła. — Bardzo skromnie to nazywasz. Takie pieniądze nie trafiają się człowiekowi codziennie.
I dopiero w tym momencie naprawdę mnie to zainteresowało.
Nikomu nie podawaliśmy kwoty. Ani córce, ani sąsiadce z ósmego piętra, która zwykle znała wszystkie nowiny wcześniej niż listonosz, ani nawet kuzynce Łukasza Małeckiego, wielkiej miłośniczce rodzinnych rozliczeń.
Planowaliśmy wymienić okna i instalację elektryczną. Po prostu chcieliśmy wreszcie normalnie mieszkać, bez tego cyrku, w którym włączasz czajnik, a żyrandol w przedpokoju puszcza do ciebie oko jak kobieta na potańcówce w 1987 roku.
Postawiłam przed teściową filiżankę.
— To jaka to niby kwota, skoro pani taka dobrze poinformowana?
Wzięła herbatę pewnym ruchem, jakby od dawna była jej należna.
— Nie łap mnie za słówka. Karolina Dudekówna powiedziała, że suma jest porządna.
Łukasz Małecki zmarszczył brwi.
— Jaka Karolina Dudekówna?
— Zwyczajna. Z firmy.
Powiedziała to i natychmiast spuściła wzrok do filiżanki, jakby rzuciła zupełnie niewinną uwagę. A ja już dawno zauważyłam jedno: kiedy człowiek udaje, że powiedział drobiazg, to właśnie w tym drobiazgu siedzi sedno sprawy.
— Z jakiej firmy? — zapytałam.
