Do mieszkania weszłam bezszelestnie, przekręcając w zamku własny klucz.
Torba z rzeczami boleśnie ciągnęła mnie za ramię. Wyjazd służbowy wyssał ze mnie resztki sił i marzyłam już tylko o tym, żeby zrzucić buty, wejść pod prysznic, a potem zapaść się w pościel. Piotr Dudek spodziewał się mnie dopiero następnego dnia. Krystyna Królówna tym bardziej nie miała pojęcia, że wrócę wcześniej. Przez chwilę wyobraziłam sobie ich miny, gdy pojawię się w kuchni, i uśmiechnęłam się nawet w ciemnym przedpokoju.
W kuchni paliło się światło. Zrobiłam krok naprzód i wtedy dobiegł mnie głos Krystyny Królówny.
— Mamo, nie denerwuj się. Niedługo pozbawię ją wszystkiego. Sama mi to odda, dobrowolnie. Przyniesie na tacy. Wiesz przecież, że potrafię czekać.
Zastygłam. Dłoń odruchowo przycisnęłam do brzucha, jakbym chciała osłonić wnętrzności przed ciosem. Piotr Dudek mówił spokojnie, niemal obojętnie. Takim tonem można było rozmawiać o pogodzie albo o racie za samochód.

— Najważniejsze, żeby ta zarozumiała karierowiczka podpisała — odezwała się teściowa. — Bez awantur, bez krzyków. A potem niech sobie idzie, gdzie chce. Z tym swoim zadartym nosem…
Łyżeczka zadźwięczała o filiżankę. Stałam nieruchomo i nawet nie oddychałam. Po plecach spłynął mi lodowaty pot, a w uszach nagle zaszumiało.
„Pozbawię ją wszystkiego”.
W głowie zaczęły przelatywać mi liczby i fakty. Mieszkanie. Moje mieszkanie sprzed małżeństwa, kupione za pieniądze z pierwszego biznesu, jeszcze zanim w ogóle poznałam Piotra Dudka. Konto w banku. Kwiaciarnia, którą postawiłam od zera, biorąc kredyty i pracując ponad siły, podczas gdy on siedział w domu z obolałymi plecami i całymi dniami grał na komputerze. Przypomniałam sobie, jak trzy lata wcześniej, będąc w ciąży i męcząc się z mdłościami, podpisywałam dokumenty związane z rozbudową firmy, bo Piotr Dudek powiedział: „Ja się na tym nie znam, ty jesteś u nas głową”. Głową. A teraz zamierzał tę głowę odciąć.
— Tylko nie zwlekaj — ciągnęła Krystyna Królówna. — Dziewucha jest cwana. Jak coś wyczuje, będzie po wszystkim. A nam te pieniądze są naprawdę potrzebne. Kamil Dudek już się zgodził, że zostanie kierownikiem. Skromny chłopak, będzie robił, co mu każemy.
Kamil Dudek. Siostrzeniec jakiejś znajomej teściowej. Widziałam go raz, na urodzinach Krystyny Królówny. Siedział w kącie, pił wódkę i opowiadał prostackie dowcipy o „babach w biznesie”. Czyli mieli już nawet przygotowaną obsadę. Stanowiska były rozdzielone.
— Nie pouczaj mnie, mamo — w głosie Piotra Dudka zabrzmiało zniecierpliwienie. — Powiedziałem przecież, że ona sama mi wszystko przyniesie. Mam to przemyślane. Pełnomocnictwo ogólne, później jeszcze kilka papierów i nawet się nie zorientuje, kiedy zostanie z niczym. Przecież nie jestem potworem. Coś jej zostawię. No, na początek.
Coś mi zostawi. Jakaż niezwykła hojność.
Stałam w mroku przedpokoju i czułam, jak w środku podnosi się we mnie coś gorącego, parzącego. To nie były łzy. Łzy przyszły później. W tamtej chwili była tylko furia. Czysta, gęsta wściekłość człowieka zdradzonego we własnym domu.
Chciałam wejść do kuchni. Rzucić torbę na podłogę i krzyknąć: „Słyszałam wszystko! Wynoście się z mojego mieszkania!”. Ale stopy jakby przyrosły mi do podłogi. Zobaczyłam oczami wyobraźni, jak oboje odwracają głowy. Jak Piotr Dudek natychmiast zaczyna się tłumaczyć, wlewając mi do uszu kłamstwa, które z pewnością ćwiczył już od dawna. Jak Krystyna Królówna zaciska usta i mówi: „Katarzyno Jabłońskiówno, źle to zrozumiałaś, rozmawialiśmy o niespodziance dla ciebie”.
Znałam ich aż za dobrze.
Musiałam pomyśleć. Potrzebowałam czasu.
Cofnęłam się w stronę drzwi. Wtedy torba zahaczyła o stojący na podłodze wazon. Ten sam, który teściowa podarowała nam na ślub — ciężki, paskudny, z pozłacanymi zawijasami. Nienawidziłam go od pięciu lat. Teraz roztrzaskał się z hukiem na kawałki.
Rozmowa w kuchni urwała się natychmiast.
— Co to było? — głos Krystyny Królówny stał się ostry.
— Nie wiem. Pewnie kot — odpowiedział Piotr Dudek, ale w jego tonie nie było już pewności.
Stałam pośród odłamków, patrząc na jasną smugę światła padającą z kuchni. Na ucieczkę było za późno.
— Katarzyna Jabłońskiówna? — Piotr wyszedł do przedpokoju. — To ty? Nie spodziewaliśmy się ciebie.
Patrzyłam na mojego męża. Wysoki, lekko przygarbiony, w rozciągniętej koszulce. Jasne włosy miał potargane. Oczy błękitne, uczciwe aż do przesady. Kiedyś wydawało mi się, że są najbezpieczniejszym miejscem na świecie.
— Postanowiłam wrócić wcześniej — odparłam spokojnie. — Chciałam zrobić wam niespodziankę.
Podszedł bliżej i pochylił się nad skorupami.
— Rozbiłaś wazon. No proszę, ale pech. Uważaj, żeby się nie skaleczyć. Idź do kuchni, mama pije herbatę. Zaraz to sprzątnę.
Minęłam go bez słowa. Krystyna Królówna siedziała przy stole prosta jak pręt, z filiżanką w dłoni. Na jej twarzy nie drgnął ani jeden mięsień.
— Witaj, Katarzyno Jabłońskiówno. Zmęczona?
— Trochę.
Usiadłam naprzeciwko niej. Przyjrzałam się jej uważnie. I pierwszy raz od dawna zobaczyłam nie tylko zrzędliwą teściową, lecz wroga. Drapieżnika, który czeka, aż ofiara opadnie z sił.
Piotr Dudek wszedł za mną.
— Herbaty? — zapytał.
— Tak — powiedziałam. — Poproszę.
I uśmiechnęłam się.
Jeżeli sądzili, że zacznę krzyczeć albo tłuc naczynia, to znaczyło, że w ogóle mnie nie znają.
Tej nocy nie zmrużyłam oka. Piotr Dudek zasnął szybko, jak zwykle, odwrócony do ściany, z kołdrą naciągniętą aż po uszy. Leżałam obok i wpatrywałam się w sufit, składając w pamięci kawałek po kawałku całe nasze wspólne życie.
Poznaliśmy się sześć lat wcześniej. Wtedy stałam już mocno na własnych nogach. Kwiaciarnia „Katarzyna Jabłońskiówna”, dwa punkty, sprawdzeni dostawcy, stali klienci. Miałam trzydzieści dwa lata. Wychowałam się w domu dziecka, wszystko zdobyłam sama i byłam przekonana, że życie nie ma przede mną tajemnic.
Piotr Dudek pracował jako nauczyciel fizyki w zwykłej szkole. Był wdowcem i samotnie wychowywał ośmioletnią córkę, Zofię Nowickiównę. Jego żona zmarła na raka, kiedy dziewczynka miała trzy lata. Przyszedł do mojego salonu po bukiet na pierwszy dzień szkoły — i został w moim życiu. Cichy, skromny, wdzięczny za każdy gest. Zofia Nowickiówna przywiązała się do mnie od razu, a ja do niej. Po roku wzięliśmy ślub. Rok później urodził się Kacper Mazur.
Wierzyłam, że wreszcie znalazłam rodzinę.
Piotr Dudek odszedł ze szkoły miesiąc po ślubie. Twierdził, że chce pomagać mi w firmie. Ta pomoc trwała dwa tygodnie. Potem uznał, że kwiaty jednak nie są dla niego. Następnie rozbolały go plecy. Później zaczęła się jakaś depresja. Nie naciskałam. Tłumaczyłam sobie, że człowiek stracił pierwszą żonę i potrzebuje czasu, żeby dojść do siebie. Mój biznes utrzyma nas wszystkich.
Krystyna Królówna wprowadziła się do nas po roku. Oficjalnie po to, by pomagać przy Zofii Nowickiównie i przyszłym wnuku. W praktyce — żeby kontrolować każdy mój krok. Co gotuję. Jak się ubieram. Dlaczego zostaję dłużej w pracy. Ile wydaję na kosmetyki. „Kobieta powinna być skromniejsza, Katarzyno Jabłońskiówno. Mąż jest głową, a żona szyją. Ale szyja ma być elastyczna”.
Byłam elastyczna. Uginałam się tak długo, aż zapomniałam, jak to jest stać prosto.
A teraz zamierzali złamać mnie do końca.
Odwróciłam głowę i spojrzałam na śpiącego męża. Oddychał równo, spokojnie. Nie dręczyły go koszmary. Nie czuł wstydu. W swoim planie nie widział zdrady, tylko przywrócenie porządku. „Mąż jest głową”. A głowa nie może żyć na utrzymaniu żony. Wystarczy więc odebrać żonie wszystko i równowaga zostanie przywrócona.
Zamknęłam oczy.
Dobrze. Chcecie wojny. To będziecie ją mieli.
Rano obudziłam się przed wszystkimi. Zrobiłam krótką gimnastykę. Przygotowałam śniadanie. Kiedy Piotr Dudek wszedł do kuchni, na stole czekała już jajecznica, świeże pomidory i kawa.
— No proszę — pocałował mnie w policzek. — Dziękuję. Czemu wstałaś tak wcześnie?
— Nie mogłam spać. Poszłam do sklepu zaraz po otwarciu.
Usiadł przy stole i rozłożył gazetę. Patrzyłam na jego dłonie, na długie palce przytrzymujące stronę. Te same palce nagle wydały mi się narzędziem, którym zamierzał sięgnąć po moje życie.
