Kiedy uznałam, że trafiły pod właściwy adres, dopowiedziałam:
— I jeszcze jedno. Twoja matka nie dostaje prawa do mojej sypialni wyłącznie dlatego, że ty nie miałeś odwagi powiedzieć jej „nie”.
— Nie wprowadzisz jej tutaj, nie rozdasz kluczy i nie załatwisz meldunku za moimi plecami. To mieszkanie, Piotrze, nie dworzec z rumuńskim kredensem ustawionym przy wejściu.
Barbara Wieczorekówna aż poderwała się z oburzenia, ale zaraz zamilkła, jakby ktoś odciął jej głos.
Miarka wystająca z kieszeni jej swetra w jednej sekundzie przestała wyglądać jak berło władczyni. Stała się tym, czym była naprawdę: tanim kawałkiem plastiku.
A na stole leżały przepisy. Ciężkie, konkretne i nie do obejścia, niczym żeliwna patelnia.
— Ty… ty rodzoną matkę wyrzucasz? — wydusiła teściowa, porzucając ton komendantki na rzecz drżącej, płaczliwej skargi.
— Nikt pani nie wyrzuca na bruk. Ma pani własne, bardzo wygodne dwupokojowe mieszkanie — odparłam spokojnie. — Ale skoro samotność pani doskwiera… skoro potrzebuje pani opieki…
Odwróciłam się do męża.
— Piotrze Nowakowski, przecież tak bardzo chciałeś pomóc mamie, prawda? Dałeś jej klucze bez mojej wiedzy, kupiłeś materac, urządziłeś cały plan. Wspaniale. Synowski obowiązek wzywa. Pakuj się.
— Jak to… dokąd? — Piotr zamrugał, kompletnie zbity z tropu.
— Do mamy. Miłość do bliźniego najpiękniej płonie wtedy, kiedy ten bliźni nie jest zameldowany w mojej sypialni.
— Zamieszkasz u Barbary Wieczorekówny. Będziesz jej pomagał, ogarniał dom, mierzył ciśnienie i pokazywał uczucie czynami, a nie moim kosztem.
— A jeśli spróbujesz zostać tutaj, jutro składam wniosek o podział majątku.
— Dostaniesz swoje skromne metry, sprzedasz je za grosze, a potem i tak wylądujesz u mamusi. Tylko że już na stałe.
Jeszcze tego samego wieczoru osobiście dopilnowałam, żeby mąż spakował sportową torbę. Zamówiłam taksówkę i wystawiłam ich oboje za próg, razem z pudłem pełnym kryształów.
Potem nastał tydzień cudownej ciszy.
Wracałam do czystego mieszkania, kładłam się we własnej sypialni — wcześniej zsunąwszy obcy materac na podłogę — i z absolutną pewnością czekałam na katastrofę, która musiała wybuchnąć po drugiej stronie miasta.
Piotr był człowiekiem o mocno utrwalonych nawykach.
Przywykł do tego, że wyprasowane koszule same pojawiają się w szafie, lodówka magicznie rodzi kotlety, a brudne skarpety porzucone przy kanapie rozpływają się bez śladu w nieznanym wymiarze.
Barbara Wieczorekówna natomiast przez ostatnie dziesięć lat mieszkała sama. W sterylnej czystości, ciszy i porządku tak ścisłym, że nawet kurz zdawał się znać swoje miejsce.
Już trzeciego dnia Piotr zadzwonił z ponurym pytaniem, jak właściwie uruchamia się pralkę.
Piątego dnia dotarły do mnie pierwsze wieści. Barbara Wieczorekówna skarżyła się tej samej ciotce Janinie Tomaszewskiównie na „wielkiego chłopa”, który wyjada wszystko z lodówki, ogląda telewizję do północy i zostawia po sobie okruchy.
Bo chełpić się dorosłym synem przed sąsiadkami to jedno.
