— Kinga Wójcikówna jest waszą młodszą córką — odparła Agnieszka Zającówna, patrząc na teściową z niedowierzaniem. — Ma trzydzieści dwa lata. O jakiej nauce pani mówi?
— Chce zapisać się na kursy! — odkrzyknęła Krystyna Witkowskiówna, jakby to wszystko wyjaśniało.
— A Markowi Nowickiemu samochód po co? Przecież on nawet prawa jazdy nie ma.
— To sobie zrobi!
Agnieszka przymknęła powieki. Miała wrażenie, że absurd tej rozmowy puchnie z każdą sekundą, jak kula śniegu tocząca się z góry.
— Pani Krystyno, to były moje pieniądze. Spadek po mojej babci. Miałam pełne prawo kupić za nie mieszkanie.
— Mieszkanie już masz. Tutaj! — teściowa wskazała ręką ściany, jakby prezentowała pałac.
— To jest pani lokal. Nie mój.
— Jesteśmy rodziną!
— Rodziną, w której od pięciu lat mieszkam jak ktoś obcy, z łaski. Rodziną, w której nawet obiadu nie mogę ugotować, dopóki pani nie pozwoli.
Krystyna Witkowskiówna teatralnie załamała ręce.
— Marek! Słyszysz, jak ona się do mnie odzywa?!
Marek Nowicki opierał się o ścianę i milczał, jakby nagle stał się częścią tapety.
— Marek — powiedziała Agnieszka, odwracając się do niego. — Odezwij się. Powiedz cokolwiek.
Podniósł wzrok. Najpierw spojrzał na matkę, potem na żonę. Widać było, że już wybrał stronę, zanim jeszcze otworzył usta.
— No… mama trochę ma rację, Agnieszka. Powinnaś była z nami pogadać. To przecież duże pieniądze.
— Moje duże pieniądze.
— Ale jesteśmy rodziną…
— Czyli według ciebie twoja matka ma rację? — Jej głos był cichy, lecz każde słowo padało twardo. — Miałam oddać wam pieniądze, zamiast kupić sobie dach nad głową?
Marek zawahał się, uciekając spojrzeniem.
— Nie mówię, że oddać… Ale trzeba było to omówić.
— Z kim? Z tobą? Z twoją matką? A może z twoją siostrą, która wpada raz w miesiącu tylko po gotówkę?
— Agnieszka, zachowujesz się teraz nienormalnie! — syknęła Krystyna Witkowskiówna.
— Właśnie zachowuję się całkiem normalnie. Po prostu pierwszy raz od pięciu lat zrobiłam coś dla siebie. Nie dla was.
Odwróciła się, weszła do pokoju, w którym spała Lena Jankowskiówna, i delikatnie potrząsnęła córkę za ramię.
— Kochanie, zbierz swoje zabawki. Przeprowadzamy się.
Dziewczynka zamrugała sennie.
— Dokąd, mamo?
— Do naszego nowego domu.
Agnieszka spakowała najpotrzebniejsze rzeczy w dwadzieścia minut. Dwie torby: ubrania, dokumenty, kilka ulubionych zabawek Leny Jankowskiówny. Nic więcej nie było jej potrzebne.
Marek stanął w progu.
— Naprawdę odejdziesz?
— Naprawdę.
— Agnieszka, przecież to głupota. O co ci właściwie chodzi?
Zatrzymała się i spojrzała mu prosto w oczy.
— O to, że przez pięć lat ani razu nie stanąłeś po mojej stronie. Ani razu nie powiedziałeś matce: „Dość”. Ani razu mnie nie obroniłeś.
— Ja tylko nie chciałem awantur…
— A ja nie chcę żyć pod dachem, pod którym nikt mnie nie szanuje.
Krystyna Witkowskiówna krzyczała za nimi o niewdzięczności, egoizmie i zepsutej młodzieży. Agnieszka nawet się nie obejrzała.
Ujęła córkę za rękę, zamówiła taksówkę i odjechała.
Do nowego mieszkania dotarły późnym wieczorem. Lena Jankowskiówna biegała zaciekawiona po pustych pokojach, a jej głos odbijał się od gołych ścian jasnym echem. Agnieszka rozłożyła na podłodze koc i wyjęła termos z herbatą.
— Mamo, to my teraz będziemy tutaj mieszkać? — zapytała dziewczynka.
— Tak, skarbie.
— A tata?
Agnieszka przez chwilę milczała.
— Tata na razie zostanie u babci.
— Dlaczego?
Przytuliła córkę mocniej.
— Bo czasami dorośli muszą pobyć osobno. Żeby pomyśleć.
Lena skinęła głową z tą dziecięcą powagą, która nie raz już zadziwiała Agnieszkę.
Siedziały na podłodze, piły herbatę z jednego kubka i patrzyły przez okno na nocne miasto. W mieszkaniu panowała cisza. Nie złowroga, nie napięta. Spokojna.
Po raz pierwszy od pięciu lat naprawdę spokojna.
Marek dzwonił codziennie. Najpierw był oburzony, później namawiał ją do powrotu, aż w końcu zaczął błagać.
— Agnieszka, przestań już robić sceny. Wracaj.
— Nie.
— Mama jest urażona.
— Ja też.
— No co teraz?
