– Skoro nie zamierzacie wesprzeć Klaudii Borkowskiówny, to do końca miesiąca macie opróżnić mieszkanie – oznajmiła Krystyna Sikoraówna głosem tak równym, jakby prosiła, żeby podać jej cukiernicę.
Dorota Zalewskiówna przez krótką chwilę w ogóle nie pojęła, co właśnie usłyszała. Na stole stały filiżanki z herbatą, która zdążyła już przestygnąć, talerz z drożdżówkami z serem i mała miseczka konfitur. W pokoju obok sześcioletnia Amelia Piotrowskiówna siedziała na kanapie i kolorowała papierową laleczkę, wyciętą wcześniej ze starego magazynu.
Piotr Adamczyk zastygł z łyżeczką uniesioną nad talerzykiem.
– Mamo, ty mówisz poważnie?
– A co ci się nie podoba? – Krystyna Sikoraówna wygładziła serwetkę leżącą przy talerzu. – Od sześciu lat mieszkacie w moim mieszkaniu. Płacicie tylko rachunki, a kiedy trzeba pomóc rodzonej siostrze, nagle nie macie z czego. No to nie miejcie pretensji. Lokal jest mój i ja decyduję, co z nim zrobię.

Dorota spojrzała na męża. Miał twarz człowieka, którego ktoś uderzył czymś ciężkim i tępym. W takich rozmowach Piotr zawsze potrzebował kilku chwil, żeby zrozumieć, co naprawdę się dzieje. Nie dlatego, że był nierozgarnięty. Po prostu do samego końca łudził się, że najbliżsi nie wypowiedzą na głos tego, co od dawna układają sobie w głowie.
Dorota natomiast zrozumiała wszystko natychmiast.
Na tę rozmowę czekała od środy, odkąd Krystyna Sikoraówna zadzwoniła i przesadnie pogodnym tonem powiedziała:
– Przyjedźcie w sobotę wszyscy. Posiedzimy, pogadamy po rodzinnemu o jednej sprawie. Amelce usmażę naleśników.
Kiedy teściowa używała słów „po rodzinnemu”, nigdy nie chodziło wyłącznie o herbatę i naleśniki. Oznaczało to raczej, że decyzja już zapadła, role zostały rozdane, a od pozostałych oczekuje się jedynie, że w odpowiednim momencie potakną.
Do domu pod miastem jechali w ciszy.
Amelia z tylnego siedzenia opowiadała o przedszkolu, o koleżance Ewelinie Krawczykównie, która najładniej ze wszystkich rysuje motyle, i o piosence, której właśnie się uczą.
Piotr kiwał głową, lecz odpowiadał nie na temat. Dorota patrzyła przez szybę i myślała o pieniądzach odłożonych na koncie. Mieli tam nieco ponad pięćdziesiąt trzy tysiące złotych. Trzy lata bez urlopu. Trzy lata bez spontanicznych zakupów. Trzy lata arkuszy z wydatkami, rezygnowania ze wszystkiego, co nie było konieczne, i powtarzania sobie: „nie teraz, później”.
To nie była zwykła suma. To był ich pierwszy krok do własnego mieszkania.
Krystyna Sikoraówna niemal cały rok spędzała w domu na działce.
Budynek był solidny, ocieplony, z piecem gazowym, niewielką sauną i dwiema szklarniami. Sześć lat wcześniej oddała młodym swoje dwupokojowe mieszkanie w mieście.
Tak właśnie przedstawiała sprawę sąsiadom i krewnym: „oddałam młodym”. Dorota od pierwszego dnia dobrze jednak rozumiała różnicę między „oddać” a „pozwolić pomieszkać”. W dokumentach właścicielką mieszkania pozostawała wyłącznie Krystyna Sikoraówna. Nikt więcej.
Podczas obiadu teściowa najpierw wypytywała wnuczkę o przedszkole, później narzekała na ceny w sklepach, a potem płynnie skierowała rozmowę ku młodszej córce.
– Klaudia Borkowskiówna to zdolna dziewczyna – powiedziała z tą szczególną dumą, którą Dorota słyszała już od lat. – Ma złote ręce. Szyje tak, że nie odróżnisz od rzeczy ze sklepu. Powinna mieć własny interes, a nie pracować za grosze u kogoś.
Klaudia siedziała obok. Szczupła, delikatna, głośna, z nową fryzurą i manicure w kolorze ciepłego mleka. Miała dwadzieścia sześć lat. Przez ostatnie pięć lat raz zatrudniała się w salonie z zasłonami, raz odchodziła, potem szyła na zamówienie sukienki dla dzieci, po czym porzucała to zajęcie, bo – jak twierdziła – klienci wysysali z niej wszystkie siły.
Teraz, jak się okazało, pojawiło się kolejne marzenie.
– Znalazłam lokal niedaleko targu – ożywiła się Klaudia Borkowskiówna. – Niewielki, ale w dobrym miejscu, ludzie ciągle tamtędy chodzą. Chcę otworzyć pracownię przeróbek i dopasowywania ubrań.
