— Bo to jest spadek mamy! — odkrzyknęła córka.
— Cisza, młodzieży! — Adam wyszedł do przedpokoju, w pośpiechu wciągając kurtkę. — Idę na drugą zmianę. Magdalena, kiedy wrócę, chcę usłyszeć decyzję. Rozsądną. Chyba nie zamierzasz rozbić rodziny?
Drzwi trzasnęły za nim z hukiem.
Magdalena opadła na kuchenny taboret. „Rozbić rodzinę”. Ten zwrot towarzyszył jej od dwudziestu lat jak ciężki, lepki cień. Nie mogła awansować, bo Adam „poczuje się gorszy”. Nie wolno jej było pojechać z koleżankami na wakacje, bo „porządna żona wypoczywa z mężem”, co w praktyce oznaczało działkę Barbary i kopanie ziemniaków. Nie powinna kupować sobie drogich perfum, bo „po co ci, skoro siedzisz w domu, a do fabryki to ja się mogę nawet najtańszą wodą kolońską popsikać”.
Całe życie uginała się pod tym ich „tak trzeba”. A teraz owo „tak trzeba” żądało od niej, żeby oddała około sześciuset czterdziestu pięciu tysięcy złotych człowiekowi, dla którego szczytem męskiej odpowiedzialności był zakup jeepa „Patriot”.
Zadzwoniła do Grażyny, swojej kuzynki. Grażyna pracowała w urzędzie obsługi mieszkańców, była po rozwodzie, miała cięty język i mądrość, której nie dawało się nauczyć z książek.
— Grażynka, cześć. Masz ochotę na cyrk? — zapytała Magdalena zmęczonym głosem.
— Objazdowy? — prychnęła kuzynka po drugiej stronie. — Po twoim tonie wnioskuję, że występuje trupa imienia Barbary?
Magdalena opowiedziała jej wszystko. Grażyna długo milczała, tylko jej ciężki oddech słychać było w słuchawce.
— Magda — odezwała się wreszcie. — To ja ci coś opowiem. Ku przestrodze. Pracowała u nas kiedyś w okienku Klaudia. Cicha, szara myszka. A mąż? Twój Adam, tylko z innego profilu. Też „głowa rodziny”. No i Klaudia dostała po babci mały domek pod Warszawą. Skromny, ale własny. — Grażyna urwała, jakby właśnie zapalała papierosa. — I ten jej „pan domu” zaczął tę samą śpiewkę. Że nie wypada, że trzeba przepisać na niego, bo on mężczyzna, on rozbuduje, zainwestuje, pomnoży. Klaudia podpisała. Wiesz, co było po pół roku?
— Co? — spytała Magdalena niemal szeptem.
— Sprzedał dom. Kupił kawalerkę na Białołęce i oczywiście przepisał ją na swoją matkę. A Klaudię wyrzucił. Powiedział jej, że nie jest dla niego partnerką, tylko gołą biedaczką. Przyszła do mnie składać papiery rozwodowe, ręce jej tak latały, że długopisu nie mogła utrzymać. „Grażynko — mówi — jak to możliwe? Przecież on był… głową rodziny”.
— I co jej powiedziałaś? — zapytała Magdalena.
— Że głowa rodziny to ktoś, kto coś do domu przynosi. A ten, kto z domu wynosi, nazywa się inaczej. Na „z”. Złodziej.
Magdalena nie odpowiedziała.
— Magda — powiedziała Grażyna już zupełnie poważnie. — To są twoje pieniądze. Twoja szansa. Dla ciebie i dla dzieci. A Adam? Jeśli naprawdę jest facetem, przeżyje, że żona ma własny majątek. A jeśli jest tylko pracownikiem drobiarni z kompleksem władcy, to po co ci taki aktyw? Wyrzuć z bilansu. To towar bez wartości.
Po rozmowie Magdalena długo trzymała telefon w dłoni. Potem podeszła do lustra. Patrzyła na nią czterdziestopięcioletnia kobieta — ładna, zadbana, ale śmiertelnie zmęczona. Uniosła nadgarstek do nosa. Jej ukochany „Amouage”. Kadzidło, róża i zapach wolności. Kupiła go za ostatnią premię, po cichu, żeby Adam nie wiedział.
Wieczorem wrócił wściekły. Zmiana musiała dać mu w kość. Pachniał tak, jakby przez osiem godzin przytulał wszystkie brojlery z zakładu.
— No i co? — warknął od progu. — Kiedy idziemy załatwić pełnomocnictwo?
Magdalena siedziała w fotelu. Spokojna. Dzieci, wyczuwając napięcie, zamilkły w swoim pokoju.
— Nigdy, Adamie — odparła cicho.
— Cooo?! — aż podskoczył. — Coś ty sobie wymyśliła, idiotko?
— Wymyśliłam, że kupię dzieciom po osobnym mieszkaniu, żeby mogły normalnie żyć. A sobie małą kawalerkę.
— A ja?! — ryknął. — Co ze mną?! A jeep?!
— A tobie, Adamie… — Magdalena wstała. W jej głosie pojawił się ten stalowy ton, który tak cenili jej klienci. — Tobie zostanie udział w tym mieszkaniu. Przy rozwodzie.
Adam jakby stracił oddech. Twarz zrobiła mu się purpurowa.
— Rozwód? Ty… ty… przez pieniądze?!
— Nie, Adamie. Nie przez pieniądze. Przez jeepa „Patriot”.
Nie wyłapał ironii. Chwycił telefon.
— Mama! Mamo, ona nas zdradza! Ona… ona chce się rozwodzić!
To, co działo się przez następne pół godziny, przypominało kiepski spektakl w prowincjonalnym teatrze młodzieżowym. Barbara przyjechała po czterdziestu minutach, bo na szczęście nie mieszkała blisko. Wpadła do mieszkania jak furia.
— Bezwstydnica! — wrzasnęła, nawet nie patrząc na dzieci, które wybiegły z pokoju na hałas. — Postanowiłaś oskubać mojego synka?! Zostawić go z niczym?!
— Barbaro, zostawiam mu połowę majątku wspólnego, czyli tego mieszkania — odpowiedziała Magdalena spokojnie. — Natomiast mój spadek…
— Jaki twój?! — Adam zdążył się już pozbierać i przeszedł do ataku. — Dostałaś go w małżeństwie, więc jest wspólny!
— Tato, otwórz kodeks rodzinny — wtrącił Dawid, stojąc już z laptopem. — Artykuł trzydziesty trzeci. Majątek otrzymany przez jednego z małżonków w drodze dziedziczenia należy do majątku osobistego. Czyli do mamy.
Barbara spojrzała na wnuka tak, jakby właśnie przeszedł na stronę wroga.
— Mądry się znalazł! Cała matka! Niedaleko pada jabłko…
— Dziękuję za komplement — uśmiechnęła się Magdalena.
— Magda! — Adam sięgnął po ostatni argument. Żałosny. — Przecież ja… ja cię kocham!
Magdalena roześmiała się cicho, prawie bezgłośnie.
— Adam, miłość nie mówi: „daj”. Miłość mówi: „weź”. Czy ty mi kiedykolwiek coś dałeś? Poza problemami z drobiarni?
To był nokaut. Adam złapał się za serce. Barbara natychmiast zaczęła krzątać się w poszukiwaniu kropli nasercowych.
— Ty go do grobu wpędzisz! — syczała, nalewając lekarstwo do szklanki. — On jest taki wrażliwy!
— Wrażliwy — przytaknęła Magdalena. — Adamie, składam pozew o rozwód. I o podział majątku. Tego mieszkania.
— Nie dam ci rozwodu! — zawył Adam, nagle cudownie uzdrowiony.
— Dasz — wzruszyła ramionami. — Nie będziesz miał wyjścia. A teraz… — spojrzała na zegarek — jutro czeka mnie ciężki dzień. Muszę odpocząć. Barbaro, nie będę pani odprowadzać. Rozumiem, że Adam przenocuje dziś u pani?
Barbara znieruchomiała ze szklanką w ręku i dopiero wtedy pojęła, że przedstawienie właśnie dobiegło końca.
