— To są pieniądze mamy! Jej spadek!
— Cisza tam, młodzieży! — Wiktor wypadł na przedpokój, wciągając na siebie kurtkę w pośpiechu. — Idę na drugą zmianę. Milena, kiedy wrócę, chcę usłyszeć decyzję. I to rozsądną. Chyba nie zamierzasz rozwalać rodziny?
Drzwi trzasnęły za nim tak, że aż zadźwięczała szyba w kredensie.
Milena opadła na kuchenny taboret. „Rozwalać rodzinę”. Ten zwrot towarzyszył jej od dwóch dekad jak zacięta płyta. Nie mogła przyjąć awansu, bo Wiktor „poczułby się gorszy”. Nie wypadało jej wyjechać na urlop z koleżankami, bo „porządna żona odpoczywa przy mężu”, co w praktyce oznaczało grządki u Alicji Wesołowskiówny i kopanie ziemniaków do bólu kręgosłupa. Nie powinna kupować sobie porządnych perfum, bo „po co ci, skoro i tak siedzisz w domu, a do pracy w sklepie to ja mogę się nawet tanią wodą kolońską psiknąć”.
Całe dorosłe życie przeszła pod ciężarem tego: „tak trzeba”, „tak wypada”, „ludzie tak robią”. A teraz owo „trzeba” wyciągało łapę po sześćset czterdzieści pięć tysięcy złotych i kazało oddać je człowiekowi, który za szczyt męskiej odpowiedzialności uważał zakup terenówki marki „Patriot”.
Sięgnęła po telefon i wybrała numer Pauliny Nowickiówny, swojej kuzynki. Paulina pracowała w punkcie obsługi mieszkańców, była po rozwodzie, miała język ostry jak brzytwa i rozsądek, którego Milena zazdrościła jej od lat.
— Paulina, cześć — odezwała się znużonym głosem. — Masz ochotę na cyrk?
— Objazdowy? — prychnęła kuzynka po drugiej stronie. — Po twoim tonie sądzę, że występuje trupa imienia Alicji Wesołowskiówny.
Milena opowiedziała jej wszystko od początku do końca. Paulina nie przerywała ani słowem, tylko ciężko oddychała do słuchawki.
— Milka — powiedziała wreszcie. — Opowiem ci coś. Ku przestrodze. Pracowała u nas kiedyś przy okienku Weronika Długoszówna. Taka cicha, drobna, jakby przepraszała, że żyje. A mąż? Wypisz, wymaluj twój Wiktor, tylko z profilu. Też „głowa domu”. No i Weronika dostała po babci mały domek pod Warszawą. Skromny, ale własny. — Paulina urwała na moment, jakby zapalała papierosa. — I ten jej „pan głowa” zaczął tę samą śpiewkę: „Nie może być na ciebie, przepisz na mnie, ja jestem facet, ja rozbuduję, zainwestuję, pomnożę”. Weronika podpisała. Wiesz, co było po pół roku?
— Co? — spytała Milena szeptem.
— Sprzedał dom. Kupił kawalerkę na Białołęce i, oczywiście, przepisał ją na swoją matkę. A Weronikę wyrzucił. Powiedział jej, że nie jest dla niego partnerką, bo jest gołodupcem. Przyszła do mnie składać papiery rozwodowe, ręce tak jej latały, że długopisu nie mogła utrzymać. Powtarzała tylko: „Jak to możliwe, Paulinko? Przecież on był głową rodziny”.
— I co jej powiedziałaś? — zapytała Milena.
— Że głową jest ten, kto coś do domu przynosi. A ten, kto z domu wynosi, nazywa się zupełnie inaczej. Na literę „z”. Złodziej.
Milena milczała.
— Posłuchaj mnie uważnie — głos Pauliny nagle spoważniał. — To są twoje pieniądze. Twoja szansa. Dla ciebie i dla dzieci. A Wiktor? Jeśli naprawdę jest mężczyzną, przeżyje fakt, że jego żona ma własne środki. A jeśli jest tylko nabzdyczonym pracownikiem fermy drobiu, to po co ci taki „majątek”? Wyrzuć go z portfela i z życia. Aktywo żadne, same straty.
Milena zakończyła rozmowę. Podeszła do lustra wiszącego w przedpokoju. Patrzyła na nią czterdziestopięcioletnia kobieta — wciąż ładna, ale zmęczona tak, jakby przez lata dźwigała cudze walizki. Uniosła nadgarstek do nosa. Jej ukochany „Amouage”. Kadzidło, róże i zapach wolności. Kupiła flakon z ostatniej premii, po cichu, żeby Wiktor nie wszczął awantury.
Wieczorem wrócił wściekły. Zmiana musiała dać mu w kość. Pachniał tak, jakby przez osiem godzin tulił do piersi całe stado brojlerów.
— No i? — huknął od progu. — Kiedy idziemy załatwiać pełnomocnictwo?
Milena siedziała w fotelu. Spokojna, wyprostowana. Dzieci wyczuły napięcie i zastygły w swoim pokoju bez jednego szmeru.
— Nigdy, Wiktorze — odpowiedziała cicho.
— Co-o-o?! — aż podskoczył. — Co ty sobie wymyśliłaś, idiotko?
— Wymyśliłam, że kupię dzieciom po osobnym mieszkaniu, żeby mogły normalnie zacząć życie. A sobie niewielką kawalerkę.
— A ja?! — ryknął. — A dla mnie co?! A terenówka?!
— Dla ciebie, Wiktorze — Milena wstała. W jej głosie zabrzmiała ta twarda nuta, którą tak cenili klienci w perfumerii — zostanie twoja część tego mieszkania. Przy rozwodzie.
Wiktorowi zabrakło powietrza. Twarz zrobiła mu się purpurowa.
— Rozwód? Ty… ty… ty wiedźmo! Przez pieniądze?!
— Nie, Wiktorze. Nie przez pieniądze. Przez „Patriota”.
Nie zrozumiał drwiny. Zamiast tego chwycił telefon.
— Mamo! Mamo, ona nas zdradza! Ona… ona chce się rozwodzić!
To, co działo się przez następne pół godziny, przypominało nieudaną farsę wystawioną przez prowincjonalny teatrzyk młodzieżowy. Alicja Wesołowskiówna zjawiła się po czterdziestu minutach, bo na szczęście mieszkała nie za rogiem. Wpadła do mieszkania jak burza z piorunami.
— Bezwstydnica! — wrzasnęła, nie zwracając uwagi na dzieci, które wybiegły z pokoju zaalarmowane hałasem. — Postanowiłaś oskubać mojego synka?! Zostawić go z niczym?!
— Alicjo, on dostanie połowę majątku wspólnego. Czyli połowę tego mieszkania — odparła Milena spokojnie. — Natomiast mój spadek…
— Jaki znowu twój?! — Wiktor zdążył się już otrząsnąć i ruszył do ataku. — Dostałaś go w małżeństwie! To znaczy, że jest wspólny!
— Tato, otwórz kodeks rodzinny — wtrącił Igor Kowalczyk, stojąc już z laptopem w rękach. — Artykuł trzydziesty trzeci. Przedmioty majątkowe nabyte przez dziedziczenie należą do majątku osobistego małżonka. Czyli do mamy.
Alicja spojrzała na wnuka tak, jakby właśnie przeszedł na stronę wroga.
— Mądrala się znalazł! Po matce to masz! Niedaleko pada jabłko od jabłoni…
— Dziękuję za komplement — uśmiechnęła się Milena.
— Milena! — Wiktor sięgnął po ostatni argument. Najbiedniejszy ze wszystkich. — Ja przecież… ja cię kocham!
Milena roześmiała się cicho, prawie bezgłośnie.
— Wiktorze, miłość nie polega na tym, że mówisz: „daj”. Miłość jest wtedy, kiedy potrafisz powiedzieć: „masz”. Czy ty kiedykolwiek dałeś mi coś od siebie? Poza problemami przynoszonymi z fermy?
To był nokaut. Wiktor złapał się za pierś. Alicja natychmiast zaczęła krzątać się nerwowo, szukając kropli na serce.
— Ty go do grobu wpędzisz! — syczała, odmierzając lekarstwo do szklanki. — On jest taki wrażliwy!
— Bardzo wrażliwy — przytaknęła Milena. — Wiktorze, składam pozew o rozwód. I o podział majątku. Tego mieszkania.
— Nie dam ci rozwodu! — zawył Wiktor, cudownie ozdrowiawszy w jednej sekundzie.
— Dasz — wzruszyła ramionami. — Nie będziesz miał wyjścia. A teraz… — zerknęła na zegarek — jutro czeka mnie ciężki dzień. Muszę odpocząć. Alicjo, nie będę pani odprowadzać. Rozumiem, że Wiktor przenocuje dziś u pani?
Alicja zamarła ze szklanką w dłoni. Właśnie dotarło do niej, że przedstawienie dobiegło końca.
