— Nie ma pani prawa tak ze mną postępować! — wyrzuciła z siebie, łapiąc oddech. — Pracuję tu od trzech lat! Mam staż! Przysługują mi prawa!
— Mam do tego pełne prawo — odparłam bez podnoszenia głosu. — To ja jestem właścicielką tego miejsca. I nie zamierzam pozwalać, żeby w moim lokalu klienci byli obrażani. Pani Anno, proszę przygotować dokumenty. Zwolnienie dyscyplinarne. Ciężkie naruszenie obowiązków pracowniczych oraz powtarzające się skargi dotyczące niewłaściwego traktowania klientów.
Anna Ostrowskiówna skinęła głową.
— Oczywiście. Zajmę się tym jeszcze dzisiaj.
— Ale ja przecież przeprosiłam! — Agnieszka Pawlakówna zrobiła krok w moją stronę, a jej głos nagle się załamał. — Proszę dać mi ostatnią szansę. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Przysięgam!
Spojrzałam na nią uważnie.
— Proszę niczego nie przysięgać. I proszę już nie błagać. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy otrzymała pani trzy pisemne upomnienia. Dostawała pani okazję, żeby zmienić swoje zachowanie. Nie jedną. Wiele. Żadnej pani nie wykorzystała. Dalej poniżała pani ludzi, którzy przychodzili tu po obsługę, nie po upokorzenie. Teraz ponosi pani konsekwencje własnych decyzji.
Twarz Agnieszki wykrzywiła się z wściekłości.
— Nienawidzę pani! — krzyknęła, już bez śladu skruchy. — Jest pani po prostu mściwą, złośliwą staruchą! Specjalnie pani tu przyszła, żeby mnie wrobić!
Anna Ostrowskiówna natychmiast ruszyła do przodu. Ujęła sprzedawczynię za łokieć stanowczym, służbowym gestem.
— Agnieszko, proszę w tej chwili przestać mówić i przejść na zaplecze. Ma pani zabrać swoje rzeczy i opuścić lokal. Natychmiast. Rozliczenie zostanie jutro przelane na pani konto.
Agnieszka szarpnięciem wyswobodziła rękę, spod lady porwała torebkę, zerwała z bluzki identyfikator i cisnęła go na podłogę. Potem wybiegła z sali sprzedażowej. Drzwi uderzyły z taką siłą, że szyba w witrynie aż zadrżała. W sklepie zapadła ciężka cisza. Zostałyśmy tylko ja i kierowniczka.
— Pani Ewo… — odezwała się po chwili Anna Ostrowskiówna, a w jej głosie słychać było napięcie. — Bardzo przepraszam. To moja odpowiedzialność. Powinnam była rozwiązać z nią umowę dużo wcześniej. Zawiodłam pani zaufanie.
— Proszę się tym teraz nie zadręczać — powiedziałam spokojniej. — Najważniejsze, że sprawa została zakończona. Czy ma pani kogoś na jej miejsce?
— Tak. Mam na oku kandydatkę. Kobieta ma czterdzieści dwa lata, doświadczenie w podobnym butiku, bardzo dobre referencje. Jest uprzejma, rzeczowa, bez gwiazdorskich manier.
— W takim razie proszę zatrudnić ją możliwie szybko. I jeszcze jedno. Chciałabym, żeby dziś po zamknięciu zorganizowała pani krótkie spotkanie z całym personelem. Proszę jasno wyjaśnić wszystkim, że szacunek wobec klienta nie jest ozdobnym hasłem na szkoleniu. To fundament tej firmy. Nie ma znaczenia, ile ktoś ma lat, jak jest ubrany ani jak gruby ma portfel. Każda osoba, która przekracza próg tego sklepu, zasługuje na uwagę, kulturę i profesjonalną obsługę. To zasada bez wyjątków.
— Rozumiem — odpowiedziała kierowniczka. — Porozmawiam z zespołem jeszcze dzisiaj.
— Dziękuję. I proszę — sięgnęłam do kieszeni po wizytówkę i podałam jej ją. — Gdyby pojawił się jakikolwiek problem, proszę dzwonić bezpośrednio do mnie. O każdej porze. Od teraz będę zaglądała do butiku raz w tygodniu. Bez uprzedzenia. Chcę widzieć, jak naprawdę wygląda praca, nie tylko to, co pokazuje się właścicielce podczas zapowiedzianej wizyty.
Anna Ostrowskiówna przyjęła wizytówkę, przeczytała ją uważnie i schowała do kieszeni marynarki.
— Dobrze. Będę w kontakcie. A sukienka, pani Ewo? Jest pani zadowolona z wyboru?
Uśmiechnęłam się lekko.
— Sukienka jest bardzo dobra. Porządnie uszyta. Będę ją nosić z przyjemnością.
— Cieszę się. Gdyby czegokolwiek pani potrzebowała, proszę dać znać.
Pożegnałam się z Anną Ostrowskiówną i wyszłam z butiku. Na zewnątrz uderzył mnie mróz. Wiatr był ostry, nieprzyjemny, a płatki śniegu smagały twarz jak drobne igiełki. Doszłam do samochodu, otworzyłam drzwi, usiadłam za kierownicą i położyłam torbę z zakupem na fotelu pasażera. Uruchomiłam silnik, włączyłam ogrzewanie i przez chwilę po prostu siedziałam w ciszy.
Potem wyjęłam telefon z torebki i napisałam krótką wiadomość do Anny Ostrowskiówny: „Dziękuję za szybką reakcję. Czekam na informację w sprawie nowej pracownicy”. Wysłałam ją i odłożyłam aparat.
Około siedemset siedemdziesiąt cztery tysiące złotych odkładałam przez dwadzieścia lat. Ten budynek kupiłam nie po to, żeby za wszelką cenę pomnażać zysk. Kupiłam go, bo chciałam mieć miejsce, w którym człowieka traktuje się z godnością. Miejsce, gdzie nikt nie ocenia wartości klienta po dacie urodzenia w dowodzie.
Agnieszka Pawlakówna uznała, że mój wiek oznacza słabość.
Pomyliła się.
Szacunku nie da się wyżebrać. Na szacunek trzeba zapracować.
