To przecież z tej właśnie kwoty zamierzała odłożyć pierwszą ratę na sprzęt.
Magdalena zacisnęła powieki. W skroniach pulsowało jej tak mocno, jakby ktoś uderzał od środka małym młotkiem. I nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, wróciło wspomnienie ślubu. Sierpień, cztery lata wcześniej. Marek Nowakowski stał wtedy przed nią wzruszony i czytał własne wiersze — nieporadne, trochę śmieszne, ale tak czułe, że płakała ze szczęścia. Przysięgał, że będzie ją nosił na rękach. Że zawsze będą po jednej stronie. Że są drużyną. Drużyną… Teraz brzmiało to jak ponury żart.
— Magda, ty mnie w ogóle słyszysz?! — ryknął z irytacją.
Otworzyła oczy.
— Słyszę — odpowiedziała cicho. — Pójdę.
Włożyła kurtkę, wsunęła stopy w adidasy, chwyciła torbę i pieniądze. Na klatce uderzył ją zapach papierosów zmieszany z wilgocią. Winda, oczywiście, znowu była zepsuta. Zeszła siedem pięter po schodach, mijając popisane ściany i drzwi jednego z mieszkań, zza których jakaś kobieta wrzeszczała na dzieci.
Na dworze szczypał mróz. Magdalena szła szybkim krokiem, prawie truchtem, w stronę całodobowego sklepu na rogu. Samochody mijały ją z szumem, grupki młodych ludzi śmiały się głośno, ktoś robił sobie zdjęcie przy rozświetlonej choince. Zbliżał się Nowy Rok, całe miasto stroiło się do świętowania. A ona miała w głowie wyłącznie listę: piwo, kurczaki, ziemniaki…
W sklepie było duszno, jasno i nieprzyjemnie głośno. Bez zastanowienia wkładała kolejne produkty do koszyka, potem przesunęła je po taśmie przy kasie. Rachunek wyszedł około dwustu siedemdziesięciu złotych. Karta przyjęła płatność. Na koncie zostało jej dziewięć złotych. Dziewięć złotych do dwudziestego siódmego grudnia.
Kiedy wróciła do mieszkania, Marek już spał na kanapie. Leżał rozłożony szeroko, pochrapywał, a telefon spoczywał mu na piersi. Telewizor nadal gadał do pustego pokoju. Magdalena zaniosła zakupy do kuchni, zgasiła światło w salonie i cicho przymknęła drzwi.
Usiadła przy stole. Wyjęła telefon i napisała do Leny Kwiatkowskiówny: „Nie gniewaj się na mnie. Wszystko ci wyjaśnię”.
Tylko że nie było czego wyjaśniać. A raczej było tego za dużo. Zbyt wiele, by zacząć od jednego zdania. Bo gdyby zaczęła mówić, wszystko runęłoby naraz. Cała ta chwiejna konstrukcja, którą przez ostatnie miesiące podtrzymywała własnymi rękami, rozsypałaby się jak domek z kart.
Oparła czoło na splecionych ramionach i trwała tak bez ruchu. W pustej kuchni kapała woda z kranu, a kontrolka lodówki migała bladym światłem. Jutro nadejdzie kolejny dzień. Potem następny. W środę przyjdą goście, a ona będzie się uśmiechać, podawać sałatki i udawać, że wszystko jest w porządku. Teściowa z pewnością skomentuje jej fryzurę albo sukienkę. Marek będzie śmiał się razem z innymi.
Bo przecież zawsze tak było.
Rano wyszedł wcześnie. Trzasnął drzwiami i nawet się nie pożegnał. Magdalena leżała jeszcze w łóżku, patrzyła w sufit i nasłuchiwała, jak jego kroki cichną na klatce schodowej. Na ekranie telefonu widniała siódma. Mogłaby przespać jeszcze godzinę, ale sen nie chciał wrócić.
Wstała i nastawiła czajnik. W zlewie piętrzyły się naczynia po wczorajszym wieczorze — Marek, rzecz jasna, nawet ich nie tknął. Magdalena myła talerze machinalnie, kiedy nagle zadzwonił telefon. Numer nieznany.
— Halo?
— Czy rozmawiam z panią Magdaleną Górskiówną? — odezwał się męski głos, obcy, z ledwie wyczuwalnym akcentem. — Nazywam się Jakub Brzeziński. Dzwonię w sprawie pani męża.
Serce opadło jej gdzieś w brzuch. Wypadek? Szpital? W jednej sekundzie zobaczyła najgorsze obrazy, bo tak działa głowa, kiedy o siódmej rano dzwoni ktoś obcy.
— Co się stało? — wyszeptała.
— Nic takiego, proszę się nie bać. Chciałem panią tylko uprzedzić… osobiście. — Zamilkł na chwilę. — Pani mąż spotyka się z moją żoną. Od czterech miesięcy.
Magdalena stała z mokrą gąbką w dłoni i nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa. W głowie zrobiło się pusto. Biało. Aż dzwoniło.
— Jest pani tam jeszcze? — zapytał mężczyzna.
— Tak — odparła prawie bezgłośnie. — Ja… skąd pan to wie?
— Znalazłem ich wiadomości. Po Nowym Roku zamierzają razem zamieszkać. Marek obiecał jej, że w styczniu się z panią rozwiedzie. Powiedział, że już wszystko postanowił.
Gąbka wysunęła jej się z palców i z mokrym plaśnięciem spadła do zlewu. Magdalena złapała się krawędzi blatu.
— Kto to jest? — zapytała, a własny głos zabrzmiał dla niej obco.
— Bożena Zającówna. Przyjaciółka pani teściowej.
Bożenka. Ta sama Bożenka, która miała przyjść w środę. Ta, dla której trzeba było szykować stół na dwanaście osób. Magdalena nagle parsknęła śmiechem — ostrym, urywanym, zupełnie nie do opanowania.
— Wszystko z panią w porządku? — zaniepokoił się Jakub Brzeziński.
— Tak — powiedziała przez ten śmiech. — Po prostu… kazał mi przygotować kolację dla niej. Dla nich wszystkich. Rozumie pan?
— Rozumiem — odpowiedział cicho. — Właśnie dlatego zadzwoniłem. Nie chciałem dłużej milczeć.
