— Czy ty już zupełnie straciłaś poczucie przyzwoitości? — Marek Nowakowski nawet nie oderwał wzroku od telefonu, kiedy Magdalena Górskiówna przemknęła obok niego z torebką przewieszoną przez ramię. — Dokąd się wybierasz o tej porze?
Zatrzymała się w przedpokoju. Palce miała już zaciśnięte na klamce. Za oknem grudniowy wieczór dawno zgęstniał w noc, a w mieszkaniu świeciła się wyłącznie kuchnia — brudnożółtym, męczącym światłem starej żarówki, którą Marek obiecywał wymienić jeszcze w październiku.
— Umówiłam się z Leną Kwiatkowskiówną. Przecież mówiłam ci, że mamy spotkanie… — zaczęła spokojnie, lecz on wreszcie uniósł głowę znad ekranu i wszedł jej w słowo.
— Mam gdzieś ten twój salonik piękności! Najpierw przygotujesz stół dla gości mojej matki, a potem możesz sobie lecieć, dokąd ci się podoba! — syknął tak lodowatym tonem, że Magdalena odruchowo puściła klamkę.
Salonik piękności. Zawsze tak to nazywał. Z przeciągniętą kpiną w głosie, jakby chodziło o zachciankę rozkapryszonego dziecka, a nie o plan, w który przez ostatnie pół roku wkładała wszystko: oszczędności odkładane z pensji księgowej, każdą wolną godzinę i resztki wiary, że może jeszcze zbudować coś własnego. Lena Kwiatkowskiówna znalazła już lokal. W poniedziałek miały podpisywać umowę najmu. Wszystko było niemal dopięte.

— Marek, ustaliliśmy to tydzień temu. Nie wiedziałam, że twoja mama…
— To już wiesz. — Podniósł się z kanapy. Był ciężki, rozlazły, w wyciągniętym T-shircie z plamą po keczupie. Kiedy podszedł bliżej, Magdalena poczuła od niego piwo. — Będzie dwanaście osób. Mama zadzwoniła godzinę temu. Przyjedzie Bożena Zającówna z rodziną, Michał Pawłowski z żoną, jeszcze ciotka Teresa Przybylskiówna… No, sama rozumiesz. Trzeba nakryć do stołu. Sałatki, przekąski, coś konkretnego. Wiesz, jak to zrobić.
Dwanaście osób. W środę. Trzy dni przed weekendem, podczas gdy ona sama pracowała do dwudziestej, a przed nią były jeszcze zakupy, gotowanie i sprzątanie tego mieszkania, które wiecznie wyglądało tak, jakby ktoś rozsypał po nim cudze życie. Magdalena mocniej ścisnęła pasek torebki. Skóra cicho, nieprzyjemnie zaskrzypiała pod jej palcami.
— Nie mogę odwołać tego spotkania — powiedziała, starając się, by głos jej nie zadrżał. — To naprawdę ważne. Jeśli do piątku nie wpłacimy zadatku, stracimy lokal.
Marek parsknął krótkim śmiechem. Nie był to nawet śmiech, raczej krzywy grymas, taki, jakim kwituje się wyjątkowo niedorzeczne zdanie.
— Ty naprawdę uważasz, że ten twój salonik jest ważniejszy od rodziny? Mama specjalnie wszystkich zbiera, chce ogłosić… — urwał nagle.
Magdalena zauważyła tę pauzę. Zauważyła, jak uciął zdanie w połowie i jak szybko odwrócił rozmowę w inną stronę.
— Zresztą nieważne. To nie twoja sprawa. Stół ma być gotowy i koniec dyskusji.
Stała bez ruchu, z torebką w dłoni, a gdzieś głęboko w niej coś powoli obracało się na drugą stronę. Nie pierwszy raz w ostatnich miesiącach. Jeśli miała być uczciwa wobec siebie — nie pierwszy raz w ciągu ostatniego roku. Marek się zmieniał. A może po prostu przestawał udawać? Dawniej przynajmniej pozorował, że jej słucha. Dawniej przepraszał, gdy wybuchał. Teraz nie zostawało nawet to.
— Dobrze — odparła cicho i zdjęła torebkę z ramienia.
Marek skinął głową z wyraźnym zadowoleniem, jakby właśnie wygrał coś oczywistego. Wrócił na kanapę, chwycił pilot i włączył jakieś rozrywkowe show. Śmiał się z dowcipów, popijając piwo prosto z puszki.
Magdalena poszła do kuchni i wyjęła telefon.
„Lena, przepraszam, dziś nie dam rady. Zadzwonimy do siebie jutro?”
Odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast.
„Magda, to już trzeci raz w tym miesiącu. Co się dzieje?”
Co się dzieje? Magdalena spojrzała w okno. Za szybą migotały światła miasta; gdzieś tam ludzie żyli własnym rytmem, spotykali się, śmiali, planowali przyszłość. Ona zaś stała w kuchni w grubym frotowym szlafroku, który Marek nazywał „babciny”, i nie potrafiła napisać przyjaciółce prawdy.
„Wszystko w porządku. Po prostu jestem zmęczona. Jutro na pewno się zobaczymy”.
Odłożyła komórkę na blat i otworzyła lodówkę. Prawie pusto. Trzeba będzie iść do sklepu. Dwanaście osób. Sałatki, przystawki, coś na ciepło. Może mięso? Teściowa lubiła zapiekane pieczarki w sosie, choć zawsze znajdowała powód, by się przyczepić: a to grzyby nie takie, a to ser źle się roztopił.
— Magda! — zawołał Marek z pokoju. — Piwo się skończyło?
— Skończyło! — odkrzyknęła.
— To skocz do sklepu!
Nie odpowiedziała. Wyjęła z szafki notes i zaczęła spisywać zakupy. Kurczaki — trzy sztuki. Ziemniaki — jakieś trzy kilo. Marchew, cebula, majonez, jajka… W głowie same układały się koszty: wyjdzie około dwustu piętnastu złotych, może bliżej dwustu sześćdziesięciu. A na karcie miała zaledwie jakieś dwieście osiemdziesiąt złotych do wypłaty.
