— …to znaczy, że jesteś gotowa. Rozumiesz?
Anna patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. I nagle pojęła, że w jego głosie nie ma wsparcia. Jest kalkulacja. Nie usłyszała: „wierzę w ciebie”, tylko raczej: „to się opłaca”.
— Potrzebuję czasu — odpowiedziała.
— Dobrze — Jan odchylił się na krześle. — Tylko pamiętaj, takich propozycji nie składa się dwa razy.
Następny poranek zaczął się od dzwonka telefonu. Dzwoniła jego matka. Anna stała w łazience i myła zęby, a Jan mówił głośno, jakby specjalnie tak, żeby każde słowo do niej dotarło:
— Tak, mamo, oczywiście. Nie martw się, załatwię to. Tak, Anna na pewno się zgodzi, a dokąd niby miałaby pójść?
Wypluła pianę i znieruchomiała.
„Dokąd niby miałaby pójść?” — odbiło się w niej echem.
Późniejsza rozmowa w kuchni była już tylko dalszym ciągiem czegoś, co od dawna narastało. Wszystko właściwie zostało powiedziane wcześniej, tylko nikt nie chciał tego słuchać.
— W porządku — rzucił w końcu Jan, odwracając wzrok. — Rozumiem. Nie chcesz pomóc, to nie pomagaj.
— Chcę, żebyś sam przestał ciągle wpychać między nas swoją matkę — odparła. — Tylko tyle.
Spojrzał na nią ze znużeniem i bezradnością, jak na kogoś, z kim nie da się dojść do porozumienia.
— Aniu, ty wszystko komplikujesz.
— A ty wszystko upraszczasz aż za bardzo — wstała od stołu. — I może właśnie dlatego wciąż stoimy w miejscu.
Weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Sięgnęła po telefon, otworzyła czat z szefem. Trzeci raz napisała tę samą wiadomość i trzeci raz miała ochotę ją skasować:
„Przyjmuję propozycję. Od poniedziałku jestem gotowa zacząć.”
Palec zawisł nad przyciskiem wysyłania. Anna nabrała powietrza głęboko do płuc. Nacisnęła.
Ekran zamigotał. Potem zapadła cisza.
Z kuchni dobiegł brzęk naczyń. Jan pewnie znów rozmawiał z matką.
A ona stała przy oknie i myślała, że być może dopiero teraz naprawdę zaczyna dorastać.
Nie wtedy, kiedy odebrała dyplom. Nie wtedy, kiedy wyszła za mąż. Nawet nie w chwili, gdy dostała nowe stanowisko.
Dopiero teraz — kiedy po raz pierwszy powiedziała: „nie”.
— To tu jest przedstawienie czy praca? — odezwał się ktoś od drzwi i w pokoju natychmiast ucichły głosy.
Anna stała na progu swojego nowego gabinetu, z teczką pod pachą i nerwowym uśmiechem przyklejonym do twarzy. To był jej pierwszy dzień jako kierowniczki działu marketingu, a rozpoczął się od tego, że trójka pracowników kłóciła się nad projektem dla klienta. Mówili podniesionymi głosami, wchodzili sobie w słowo i nikt nikogo nie słuchał.
— Przepraszam — odezwała się dziewczyna w okularach stojąca przy oknie. — My tylko… doprecyzowywaliśmy kilka kwestii.
— Kwestie doprecyzowuje się w sali konferencyjnej — Anna podeszła do swojego biurka. — Tutaj ma być spokój. Termin jest jutro, więc nie mamy czasu na awantury.
W pomieszczeniu jakby zamarło powietrze. Przez parę sekund wszyscy patrzyli na nią z ciekawością i lekką nieufnością. W końcu jeden z chłopaków mruknął pod nosem:
— No to się zaczyna. Nowa miotła…
Nie odpowiedziała. Włączyła komputer i zabrała się za przeglądanie raportów.
Po dziesięciu minutach w pokoju panowała już pełna cisza.
W południe Anna miała jasność: nie odziedziczyła zespołu, który trzymał się razem.
Dział liczył dwanaście osób i co najmniej połowa z nich najwyraźniej uważała, że jej miejsce powinien zająć ktoś inny. Konkretnie Magdalena — wysoka, rzucająca się w oczy kobieta, zawsze opanowana, zawsze mówiąca rzeczowym, biznesowym tonem. Pracowała tam dłużej niż pozostali, znała klientów, prowadziła najważniejsze projekty i z ostentacyjnym spokojem okazywała obojętność wobec wszystkiego, co się działo.
— Jeśli chcesz, mogę ci pokazać wszystkie aktualne umowy — powiedziała po obiedzie, zaglądając do gabinetu Anny. — Żebyś wiedziała, na jakim etapie są sprawy.
— Świetnie — odparła Anna. — Po trzeciej będzie dobrze. Do tego czasu powinnam się wyrobić.
— W porządku. — Magdalena skinęła głową, ale została jeszcze przez moment, jakby coś ją zatrzymywało. — Tylko… nie odbierz tego źle, dobrze? Tutaj od dawna wszystko działa według określonych zasad, a na górze często się wydaje, że kiedy przyjdzie nowy kierownik, to nagle cały świat stanie na głowie.
— Zobaczymy — odpowiedziała spokojnie Anna. — Najważniejsze, żeby dział pracował skutecznie.
Kiedy Magdalena wyszła, Anna pozwoliła sobie na długi, ciężki wydech. Bardzo wyraźnie czuła, że w oczach tych ludzi jest obca.
A to uczucie obcości znała aż za dobrze. Najpierw z domu, teraz także z pracy.
Wieczorem bolała ją głowa od nadmiaru wrażeń. Wyszła na ulicę i głęboko wciągnęła chłodne krakowskie powietrze. Zbliżał się koniec października. Mokre liście przyklejały się do chodników, a światła latarni migotały w kałużach.
Telefon zawibrował. Na ekranie pojawiło się: „Jan”.
Nie odebrała. Poczeka. Na wszystko było jeszcze za wcześnie.
Ruszyła powoli pieszo w stronę metra.
Mijała kioski, kawiarnie i witryny obklejone jesiennymi promocjami. Ludzie śpieszyli się, nieśli torby, ktoś śmiał się głośno. W niej jednak panowały pustka i cisza.
Wieczorem, w miejscu, które z trudem można było nazwać domem — w wynajętym kącie jednopokojowego mieszkania — Anna włączyła czajnik i usiadła przy oknie. Mała kuchnia, na parapecie kilka kaktusów kupionych w weekend, żeby było tu chociaż coś żywego.
Na telefonie pojawiła się nowa wiadomość.
Jan: „Mama pyta, kiedy dostaniesz wypłatę. Trzeba zapłacić rachunek za ogrzewanie.”
Długo wpatrywała się w ekran. Potem po prostu usunęła wiadomość.
Bez odpowiedzi.
Kolejne dni były przeładowane od rana do wieczora. Przychodziła wcześniej niż wszyscy i wychodziła ostatnia. Pochylała się nad tabelami, przeglądała stare sprawozdania, poprawiała maile do klientów.
W poniedziałek wezwał ją dyrektor generalny.
— Widzę, że naprawdę weszłaś w tę pracę na poważnie. Dobrze. Tylko nie przyciśnij ludzi za mocno, jasne? Po odejściu Zbigniewa i tak wszyscy są napięci.
— Rozumiem — powiedziała Anna.
— Najważniejsze, żebyś nie próbowała od razu wszystkiego przewracać do góry nogami. Najpierw popatrz, kto jak pracuje i na co kogo stać. Dopiero potem wyciągaj wnioski.
Skinęła głową, choć w środku wiedziała, że nie ma luksusu spokojnego czekania. Klienci, raporty, terminy, opóźnienia — wszystko spadło jej na głowę jednocześnie.
Przez pierwsze dwa tygodnie prawie nie jadła normalnych posiłków. Funkcjonowała na kawie i kanapkach z automatu.
Magdalena zaś coraz częściej pojawiała się u niej z „dobrymi radami”.
