Wieści o procesie jeszcze nie zdążyły przycichnąć, a życie Eweliny powoli wracało do dawnego rytmu. Znów codziennie chodziła do pracy w ośrodku pomocy społecznej, wieczorami wracała do swojego niewielkiego mieszkania i zanurzała się w ciszy, która z czasem przestała ją przerażać. Bywały chwile, gdy wyjmowała z szuflady fotografię Marcina Ostrowskiego i długo wpatrywała się w jego twarz. Zastanawiała się, czy kochała prawdziwego człowieka, czy jedynie starannie wykreowany obraz, który jej pokazał. Odpowiedź wciąż jej umykała.
Pod koniec wakacji Agnieszka Walczakówna wróciła ze stolicy. Była wyraźnie wychudzona, blada, ale żywa — i to było najważniejsze. Operacja zakończyła się powodzeniem. Lekarze zalecili długą rehabilitację, jednak rokowania dawali pomyślne.
Ewelina pojechała do nich jeszcze tego samego dnia. Drzwi otworzył Dawid Marciniak. Bez słowa przyciągnął ją do siebie i objął mocno, dojrzale, jak ktoś, kto w krótkim czasie musiał dorosnąć. Zuzanna Białekówna wyjrzała nieśmiało zza framugi pokoju i posłała jej ciepły, choć niepewny uśmiech.
Agnieszka siedziała na kanapie, otulona kocem. Gdy zobaczyła Ewelinę, jej oczy natychmiast zaszkliły się łzami.
— Dziękuję — wyszeptała drżącym głosem. — Mogłaś zabrać wszystko. Miałaś do tego prawo. Mogłaś nas pogrążyć… a jednak tego nie zrobiłaś.
Ewelina usiadła obok niej spokojnie.
— Zrobiłam tylko to, na co on sam się zdobył w ostatniej chwili — odpowiedziała cicho. — Marcin skrzywdził nas obie kłamstwem. Ale pod koniec próbował coś naprawić. Nie chciałam niszczyć tej jednej dobrej decyzji.
Zapadła cisza. Siedziały obok siebie dwie kobiety, które połączył ten sam mężczyzna — i ten sam ból. A jednak zamiast walczyć do końca, potrafiły się zatrzymać.
— Nie będę prosić o wybaczenie — odezwała się Agnieszka po chwili. — Nie wiem, czy na nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że nigdy nie zamierzałam odbierać ci szczęścia.
— Wiem — odparła Ewelina z lekkim skinieniem głowy. — To on sam zburzył nasze życie. Wystarczyło jedno kłamstwo, by wszystko runęło.
Jesienią dotarła do niej wiadomość, że Jadwiga Wieczorekówna sprzedała mieszkanie i przeniosła się do dalekiej krewnej w innym mieście. Renata Małeckiówna została na miejscu, lecz przestała bywać tam, gdzie mogłaby natknąć się na Ewelinę. Mówiono, że gorączkowo szuka zatrudnienia — koszty adwokatów i przegranego procesu pochłonęły niemal wszystkie oszczędności.
Ewelina nie czuła satysfakcji. Raczej ulgę. Te dwie osoby przestały mieć wpływ na jej codzienność. Ich chciwość nie zatruwała już jej myśli.
Któregoś październikowego popołudnia Dawid zapukał do jej drzwi z bukietem fioletowych astrów. Wyraźnie speszony podał jej kwiaty.
— Mama prosiła, żebym je przekazał — powiedział niepewnie. — I… chciałem podziękować. Za to, że nie odebrałaś nam szansy.
Ewelina przyjęła bukiet i poczuła, jak w piersi ściska ją coś nowego. To nie był żal. Raczej ciepło, którego się nie spodziewała. Może nawet wdzięczność losowi, że z całej tej historii udało się ocalić coś jasnego.
— Jak się czuje twoja mama? — zapytała.
— Coraz lepiej. Lekarze mówią, że przed nią jeszcze wiele lat — odparł z ostrożnym uśmiechem.
Odprowadziła go do furtki i przez chwilę patrzyła, jak odchodzi. Potem wróciła do mieszkania, wstawiła astry do wazonu i usiadła przy oknie.
Nie była pewna, czy potrafiła wybaczyć Marcinowi. Nie wiedziała też, czy kiedykolwiek wspomnienie o nim przestanie boleć. Miała jednak świadomość jednego — wybrała życie zamiast zemsty. I to dawało jej spokój.
Za szybą siąpił drobny, jednostajny deszcz. Ewelina obserwowała moknącą ulicę i myślała o tym, że zdrada nie zawsze wydobywa z człowieka najgorsze cechy. Czasem zmusza go, by odkrył w sobie coś lepszego.
Zrozumiała to wreszcie.
Nie była kimś, kto potrafiłby odebrać przyszłość chorej kobiecie i jej dzieciom — nawet jeśli prawo stało po jej stronie.
Była kimś innym.
